Gdy zakończyła się wojna, znalazł gdzieś okno, drzwi, wstawił je i tak urządził swoje pierwsze mieszkanie przy Siennej. Po czterech dniach odnalazła się żona, wkrótce krewni i znajomi. Lokal zamienił się w przytułek.

Reklama

Jedną z pierwszych piekarń w lewobrzeżnej Warszawie uruchomił w lutym 1945 roku. Piec w suterenie przy Śniadeckich 19 pozwalał mu na produkcję 300 kilogramów chleba na dobę. Potem prowadził piekarnię na Burakowskiej i w końcu na Żoliborzu. Po jego pieczywo zawsze stała długa kolejka. Po latach do kontynuowania piekarniczej tradycji przekonał syna Krzysztofa i córkę Teresę, a oni jego wnuki. Tradycję zamierza kontynuować również najmłodsze pokolenie.

Materiały Prasowe

"Królestwo bez poddanych"

Tak zakończyła się historia Czesława Lubaszki, warszawskiego Robinsona. A jaki był jej początek? I kim w ogóle byli mieszkańcy "Rzeczpospolitej Gruzów"?

Nazwałem tak Warszawę po powstaniu, bo ona nigdy nie była "królestwem bez poddanych" – wyjaśnia Wacław Gluth-Nowowiejski, autor książki "Nie umieraj do jutra", w której sportretowani zostali ludzie żyjący na zgliszczach stolicy.

"Nawet w tym straszliwym czasie po upadku powstania, kiedy wszyscy musieli opuścić miasto i do akcji przystąpiły niemieckie ekipy specjalne, powołane w celu ostatecznego zniszczenia i spalenia tego, co jeszcze pozostało, istniała społeczność warszawska – ludzie, którzy zdecydowali, że nigdy nie opuszczą swojej stolicy"- pisze w swojej książce "Nie umieraj do jutra".

Dlaczego Robinson? - Ktoś kiedyś nazwał tak ukrywających się śmiałków i nazwa ta przyjęła się. Oni ukrywali się w gruzach, Robinson wiódł życie na bezludnej wyspie. Obie historie są zupełnie różne, ale łączy je życie w zamkniętej przestrzeni, samotne dla Cruzoe, najczęściej zaś w grupie w przypadku Robinsonów warszawskich. Natomiast bardzo podobne były ich codzienne obawy, co przyniesie jutro - mówi Gluth-Nowowiejski.

Historię Czesława Lubaszki w zniszczonej stolicy opisałem w swojej książce jako pierwszą. Decyzję, którą podjął, aby przetrwać w mieście, w którym za każdym rogiem czaiła się śmierć, uznano za szaleństwo. On jednak wolał to od poniewierki, wywiezienia do Niemiec - wyjaśnia.

Reklama

Piwnica przy Twardej 40

"Lubaszka był silny, uparty a przede wszystkim wierzył w swoje szczęście. Zgodził się, żeby dołączyli do niego jeszcze dwaj. Wiedział, że we trzech będzie im łatwiej, choć wiązało się to ze zdobywaniem większej ilości jedzenia i wody. Bardzo dobrze znał ten teren, bo tu właśnie pracował w piekarni" - tak Gluth- Nowowiejski opisuje Lubaszkę.

Jego kompanami zostali 30-letni zrzutek spadochronowy Kazimierz Jaworski oraz Wania, żołnierz Armii Czerwonej, który uciekł z niewoli i dostał się do Warszawy, gdzie zatrudnił się jako chemik w prywatnym zakładzie na Siennej.

Zaczęli od szukania kryjówki. Musiała być bezpieczna i w miarę dobrze wyposażona. Wybrali piwnicę przy Twardej 40, w której mieścił się dawniej skład broni akowskiej. Nie miała, co prawda okna, ale był do niej dostęp powietrza. Zgromadzili cały arsenał broni, zamaskowali wejście, aby wyglądało na naturalne zwalisko.

Materiały Prasowe

Z okolicznych domów przynieśli kołdry, koce, garnki, nawet maszynkę spirytusową. – Jedzenie i sprzęty można było znaleźć w sąsiednich opuszczonych domach. Na początku, tuż po zakończeniu powstania, było tego całkiem sporo, potem zdobycie czegokolwiek do jedzenia było coraz trudniejsze. Udało im się oprócz kaszy, soli i cukru, znaleźć… 150 kg mąki! Od razu z 50 kg Lubaszka napiekł chleba. Kilkanaście bochenków schowali na "czarną godzinę", resztę, jak i mąkę, zabrali do kryjówki. Sprawdzili też, gdzie są czynne studnie, by zaopatrywać się w wodę. Przetrwanie w takich warunkach wymagało nie lada sprytu i dalekosiężnego myślenia - opowiada Gluth-Nowowiejski.

Od 8 października, kiedy to zabarykadowali się w kryjówce, spędzali w niej i noce, i dni. "Czas zabijali głównie spaniem, by nie tylko czekać. Ale w opuszczonym, wyludnionym i cichym mieście wciąż nasłuchiwali, czy wyzwolenie już blisko…" - pisze autor "Nie umieraj do jutra".

Pewnego dnia wyszli z kryjówki i cudem uniknęli spotkania z Niemcami. Bo też Niemcy po upadku powstania na dobre zadomowili się w Warszawie, często przechodzili nad głowami Robinsonów w piwnicach i suterenach, czy w pobliżu ich kryjówek.

Wania zabija Niemca

Grupa Lubaszki w pewnym momencie musiała zmienić kryjówkę. Przyczyny były dwie. Jedna to choroba Jaworskiego, z której szczęśliwie wyszedł dzięki podawanemu mu lekarstwu produkcji troskliwych kolegów, czyli gruzoglukozie (zrobionej z cukru, wody i gruzu). Druga to stała obecność Niemców na zajmowanym przez nich terenie. Kolejną kryjówką stała się piwnica w zbombardowanej oficynie.

I wielka niespodzianka! Za sprawą Wani odkryli, że niedaleko nich znajduje się druga grupa Robinsonów.

Ich rosyjski towarzysz zniknął pewnej nocy i długo nie wracał. Pozostała dwójka postanowiła spakować się i uciekać, bo byli przekonani, że wpadł w ręce Niemców i może ich wydać. Nagle usłyszeli strzał. Kiedy wybiegli z ukrycia, okazało się, że to Wania zabił Niemca. Po ukryciu ciała i powrocie do oficyny, opowiedział im o swoim odkryciu – mieli obok sąsiadów!. Byli na niego bardzo źli.

Wściekłych na nieostrożnego kompana wzruszyło wyznanie Wani: "Toż ja wasz druh, wasza sprawa dla mnie święta. Do was właśnie biegłem z informacją o tych ludziach z przeciwka i ten czort się napatoczył".

Osobliwa transakcja

Powoli kończyły się zapasy. Zapuszczali się coraz dalej, ale wracali z niczym. – Wtedy Lubaszka przypomniał sobie, że w piwnicy jednego z pobliskich domów stoi piec. Sprawdził, czy urządzenie działa i pod osłoną nocy upiekł kilkanaście bochenków chleba - mówi Gluth-Nowowiejski.

Materiały Prasowe

Podczas jednej z takich nocnych eskapad spotkali kilkuosobową grupę innych Robinsonów. Wśród nich Jakuba Wiśnię, Żyda ze stołecznego getta, który w powstańczej Warszawie znalazł jednak azyl (po uwolnieniu więźniów na Gęsiówce przez batalion "Zośki"), a po upadku powstania – ze względu na widoczne pochodzenie – znowu musiał się ukrywać. Towarzyszyło mu siedmiu mężczyzn i dwie kobiety. Spotkanie z grupą Lubaszki uratowało im życie. Dokonali bowiem osobliwej transakcji. Grupa Lubaszki za pięć bochenków chleba, dostała w zamian Marysię z żydowskiej grupy. W ten sposób zyskali nieocenioną pomoc w zajęciach kulinarnych. Pierwszy wspólny wieczór zakończył się uroczystą kolacją z przypiekanej kaszy.

Wódka z denaturatu

Najtrudniejszym dniem dla wszystkich Robinsonów była Wigilia. – Do ich uszu dochodziło kolędowanie Niemców, a oni siedzieli w ciszy, często płacząc jak dzieci.

Lubaszce i Jaworskiemu wcale też nie pomógł pomysł chemika Wani, by z denaturatu zrobić wódkę dla kolegów. Jego eksperymenty okazały się na szczęście nieudane.

Artyleryjska kanonada stawała się coraz głośniejsza… Czołgi jadące od strony Alei Jerozolimskich jako pierwszy zauważył Wania. Jesteśmy wolni! – krzyczał wniebogłosy.

Żegnając się z Jaworskim, wzruszony Lubaszka powiedział: "Naucz się chodzić od nowa, jak człowiek!".

"Ten sposób kociego, bezgłośnego poruszania się, by nie zwabić Niemców, jeszcze długo pozostanie w Robinsonach nawykiem" - tak ten sposób chodzenia opisuje w książce Gluth-Nowowiejski.

Młody żołnierz w polskim mundurze wyciągnął z plecaka i podał Lubaszce zapasowe buty. Ten, zrzucając kożuchy, którymi miał owinięte stopy, zapytał go, jaki dziś dzień. 17 stycznia 1945 r. Lubaszka odpowiedział z powagą: Ten dzień przejdzie do historii.

Kazimierz Jaworski po pobycie w kryjówce na Twardej 40, podobnie jak Lubaszka, doszedł do siebie, Jakub Wiśnia tuż po wojnie prowadził popularną wśród mieszkańców stolicy knajpkę przy Twardej, potem przez wiele lat pracował w Warszawskich Zakładach Gastronomicznych. Losy Wani nie są znane.

Wacław Gluth-Nowowiejski, jest autorem książki "Nie umieraj do jutra". Podobnie jak Czesław Lubaszka był jednym z warszawskich Robinsonów. Mając 18 lat walczył w Powstaniu Warszawskim, jako żołnierz Warszawskiego Okręgu Armii Krajowej w stopniu kaprala podchorążego. Dowodził drużyną zgrupowania "Żmija" na Żoliborzu.