Mann ocenił, że Trójka była kiedyś "enklawą elit".

Reklama

W pewnym momencie wokół Trójki pojawiła się nadbudowa jakiejś wyjątkowości, niepodatnej na okresową propagandę jakiegoś rządu czy czasu. Przechodziła przez kolejne burze w miarę nieokaleczona. Były po drodze pewne naciski: a to na format wiadomości, a to na jakiś komentarz. Jednak rdzeń trójkowy pozostał. Nowi ludzie, którzy przychodzili, z czasem uczyli się innego myślenia. I nagle teraz okazuje się, że ktoś uznał, że trzeba w to uderzyć, bo nie wystarczy zaanektować telewizję publiczną czy I Program Polskiego Radia. Trzeba było też walnąć w Trójkę. A efekt widzą wszyscy – powiedział w TVN24 dziennikarz.

To zaczęło się jak zaraza rozpleniać. Muzyka do pewnego momentu była na to stosunkowo odporna. Jednak w publicystyce wszyscy czuli ten oddech na plecach, że trzeba coś skorygować, że jakaś wiadomość nie jest aż taka ważna i można ją wyrzucić. Tak to się po cichu tliło, aż walnęło przy Kaziku, bo to już był kawałek o silnym podtekście politycznym. Ktoś tę piosenkę usłyszał i się przestraszył. A jaka jest pierwsza reakcja człowieka przestraszonego? Albo schować się, albo ukryć sprawę - nawet w panice, niezdarnie i głupio. Podobnie jest z pijanym kierowcą, który walnął w słup. W pierwszym odruchu ucieka, bo myśli, że w czasie ucieczki do lasu wytrzeźwieje. A wypadek został – komentował dziennikarz sytuację wokół listy przebojów Trójki.

Mann był pytany o działania dyrektora i Pani prezes Polskiego Radia odnośnie zamieszania wokół Trójki.

Mieszają się we mnie uczucia żenady, niedowierzania... wszystkiego, co jest obrazą inteligencji odbiorcy. Nie wiem, czy ci ludzie myślą, że Polska się składa z głąbów, którzy nic nie rozumieją i da im się wepchnąć w gardło każdy szajs, każde kłamstwo. Nie mam pojęcia, na czym to polega. To jest metoda wymyślona prawdopodobnie przez jakichś naukowców od propagandy – odpowiedział w TVN24.

Na początku tej afery z listą, oczywiście pojawiły się komentarze polityczne, ale nie było jednoznacznego ataku na Marka Niedźwieckiego. Jednak niezawodny poseł Marcin Horała, a widziałem to na własne oczy, mówiąc o sytuacji w Trójce i w liście przebojów, już zdążył wypuścić z siebie smród, dodając niby na boku, że pan Niedźwiecki zaczął pracę w radiu w 1982 roku (w czasie stanu wojennego – red.). Pojawia się pytanie: jaka jest intencja takiej informacji? On więcej nie powiedział, bo jest za cwany, żeby się wpakować w sprawę sądową. Podał prawdziwy fakt. W kontekście można było od razu pomyśleć: aha, tego Niedźwieckiego to na taczkach do Trójki przywieźli albo jest szpiegiem komunistycznym, czyjąś kukiełką, agentem. Taka metoda obrzydliwego wypuszczania takiej sugestii skierowana jest do półinteligentów - dodał dziennikarz.

Naczelnym celem władzy jest pozbawienie ludzi chęci aspirowania do czegokolwiek. Ogranicza się do zaspokojenia podstawowych potrzeb i zapchania głowy propagandą, że jest fantastycznie, a nawet jeśli na Zachodzie jest lepiej, to de facto jest gorzej, bo oni są naszymi wrogami. Ten przekaz tłuczony przez całą dobę przy okazji zahacza o takie miejsca, jak Trójka – ocenił w TVN24 dziennikarz muyczny.

To, co się dzieje wokół Trójki, to na naszych oczach odbywa się demolowanie pewnego zjawiska kulturalnego. Demolowanie w sposób brutalny i odnosząc się do konferencji pani prezes i tych różnych wykresów, które ktoś jej narysował, dzieje się to w sposób pełen kłamstw. Jest to więc zjawisko dość smutne i jestem daleki od formułowania kabaretowych żartów na ten temat – powiedział Mann.