Dla osób mieszkających w klimacie umiarkowanym ta liczba wydaje się zapewne mocno przesadzona. Wprawdzie komary potrafią uprzykrzyć spacer, grilla albo pobyt nad wodą, ale żeby tak od razu zagrażać życiu?! Przecież to owad niewielki (waży raptem tyle co pestka winogron), a i skutecznych sposobów, jak z nim walczyć nie brakuje (preparaty z DEET).

Reklama

Jednak w rejonach (sub)tropikalnych przenoszone przez niego choroby, to realne zagrożenie. Każdego dnia. Efekt? Od 2000 r. liczba powodowanych przez nich zgonów sięga ok. 2 mln osób rocznie.

Dla porównania, co też pokazuje raport Bill & Mellinda Gates Foundation, okryte złą sławą rekiny uśmiercają "zaledwie” 10 osób rocznie, co daje im dopiero miejsce 15. Z kolei krokodyle – im także wizerunkowo zaszkodziły hollywoodzkie produkcje – zabijają ok. 1 tys. osób i zajmują miejsce 10.

Drugie miejsce w tym zestawieniu należy do człowieka – 475 tys. osób rocznie (bez komentarza). Dalej są węże (50 tys.), psy i muchy piaskowe (po 25 tys.). Za nimi z kolei: muchy tse-tse i owady z rodziny zajadkowatych (po 10 tys. zł).

Mistrz wagi ciężkiej i toksyczne bliźnięta

"Komarzyca uśmierciła więcej osób niż zmarło ich z jakiejkolwiek innej przyczyny w naszej historii. Statystyczne szacunki wskazują na to, że zabiła niemal połowę wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek żyli. W ciągu 200 tys. lat naszej stosunkowo krótkiej egzystencji ten owad odebrał życie mniej więcej 52 mld ludzi spośród łącznej liczby wynoszącej 108 mld”, zauważa Timothy C. Winegard w książce "Komar. Najokrutniejszy zabójca”. W innym miejscu nazywa go wprost: mistrz wagi ciężkiej.

Skąd ten tytuł? Komarzyce roznoszą ponad 15 groźnych chorób. Wśród nich są jedne z najgorszych, czyli malaria i żółta febra. W literaturze znane zresztą pod nazwą: toksyczne bliźnięta.

Obie atakują nawet osoby w kwiecie wieku, nierzadko zdrowie. A i sama śmiertelność jest wysoka. Na malarię zapada ponad 220 mln osób, a umiera 1-3 mln, z kolei żółtą febrę - 206 tys. osób, z czego z życiem żegnają się 52 tys.

Objawami malarii są m.in. dreszcze, drgawki i gorączka sięgająca nawet 41 st. C, nierzadko też duszności i splątanie. W przypadku żółtej febry, zwanej też żółtą gorączką - mogą się pojawić nawet żółtaczka, wybroczyny, a także krwawe wymioty. Szczególnie w jej ostrej fazie.

Na tym jednak nie koniec. Bo przez komary przenoszone są także: denga, gorączka zachodniego Nilu, Zika i różne formy zapalenia mózgu, na które w większości nie wynaleziono jeszcze szczepionki. Co do zasady wywołują podobne objawy: gorączkę, wymioty, wysypkę, bóle głowy, a także bóle mięśni i stawów. Pojawią się od 3 do 10 dni po ugryzieniu. Powrót do zdrowia zajmuje około tygodnia. Choć nie zawsze się to udaje – wirus zbiera wtedy śmiertelne żniwo przede wszystkim wśród osób starszych, przewlekle chorych i kobiet w ciąży.

Patrol na każdym centymetrze

Wbrew pozorom Polacy nie mają się jednak czego obawiać. Rzecz jasna tutaj, w kraju. Bo choć komary "patrolują każdy centymetr naszej planety” (nie ma ich tylko na Antarktydzie, Islandii, Seszelach i garstce maleńkich wysp na Polinezji Francuskiej, co skrupulatnie wylicza Timothy C. Winegard), to w Polsce mamy ich zaledwie 47 z 3,5 tys. gatunków. A żaden nie przenosi groźnych chorób.

Co innego np. w Afryce, gdzie spotyka się już komary tropikalne. O tyle niebezpieczne, że ich ugryzienie – oprócz m.in. malarii i żółtej febry – może wywoływać cały szereg mniej kojarzonych przez nas chorób. W tym także filariozę, której późnym objawem jest np. słoniowacizna nóg i narządów rodnych.