Po zabiciu przez Amerykanów irańskiego generała Ghasema Solejmaniego i dowódcy szyickich Sił Mobilizacji Ludowej Abu Mahdiego al-Muhandisa, zwanego "Inżynierem”, na jedną z najpotężniejszych figur w Iraku ponownie wyrasta wpływowy duchowny szyicki i przywódca Armii Mahdiego – Muktada as-Sadr. Pan go poznał, gdy w 2005 r. dowodził IV zmianą sił polskich w Iraku. Kim jest as-Sadr, który obiecał pomszczenie Muhandisa i Solejmaniego?

Reklama

W środkowej i południowej części obszaru, za który odpowiadaliśmy, działali szyici, zaś w północnej – sunnici, najczęściej dawni żołnierze armii Saddama Husajna. Wszyscy byli antyamerykańscy. Przywódcą religijnym szyitów, tej zradykalizowanej biedoty, był właśnie as-Sadr. Jego ojca zamordował Saddam, Muktada zbiegł do Iranu, bo pewnie też zostałby ścięty. Tam dorastał i był chroniony przez państwo irańskie. Rzeczywiście, spotkałem się z nim, aby zapewnić bezpieczeństwo żołnierzom.

Jak doszło do spotkania?

W prowincji Diwanija, w której stacjonowaliśmy, odkryto groby Kuwejtczyków, których wojska Saddama uprowadziły podczas inwazji w 1990 r. Na miejsce zbrodni zaprosiliśmy więc Kuwejtczyków, a ich rząd w zamian zaoferował nam wsparcie dla miejscowej ludności o wartości 10 mln dol. Trzeba było tę pomoc rozdzielić, ale ja nie ufałem lokalnym irackim władzom. Dowiedziałem się od oficerów, że jest możliwość spotkania z sadrystami. Jeszcze bez precyzyjnego wskazania, z kim konkretnie...

W tym czasie Muktada był poszukiwany listem gończym przez Amerykanów, za jego głowę była nagroda.

Podobnie zresztą jak za głowę lidera al-Kaidy w Iraku, sunnity Abu Musaba az-Zarkawiego. Ale między nimi była istotna różnica: Az-Zarkawi był terrorystą, zaś as-Sadr budował swoje wpływy inaczej. Prowadził, tak jak libański Hezbollah, swoistą politykę społeczną: dbał o szyitów i zamieszkałe przez nich tereny. Trudno było podjąć negocjacje z człowiekiem poszukiwanym przez USA, ale zaryzykowałem, bo dla bezpieczeństwa żołnierzy mogę paktować nawet z diabłem. Moimi przeciwnikami w Iraku byli przecież zarówno szyici, jak i sunnici. Trzeba było zdjąć część napięcia, bo nie dowodziłem takimi siłami, aby bić się ze wszystkimi.

I zgodził się pan na zaaranżowanie spotkania z sadrystami?

Na początku wcale nie byli chętni. Ale ponieważ as-Sadr kreował się na lidera biedoty, zaproponowałem, by to oni rozdzielili między ludzi pomoc od Kuwejtczyków. Chciałem spotkać się z nimi u mnie w bazie w Camp Echo. Odmówili, a zaproponowali rozmowy w pałacu gubernatora. Do sadrystów pojechali moi ludzie. Ustalono, że na spotkaniu nie będzie wysłannika gubernatora, że rozmawiamy tylko my, że będzie tylko niewielka ochrona lokalnej policji. Sadryści przyjechali przed nami. Jak zajechałem tam z naszym konwojem, to mnie zmroziło. Widzę, że ich pick-upy są wyładowane bronią i amunicją. Z każdego wystawały granatniki.

Czym tam przyjechaliście? To były czasy nieopancerzonych tarpanów honkerów.

Właśnie honkerami, ja miałem amerykańskiego hum vee. Ale to i tak wtedy była jeszcze blaszanka. Sadryści byli ubrani na czarno. Doszliśmy do sali, w której miały odbyć się rozmowy. Kazali zostawić przed drzwiami kamizelki kuloodporne, broń i hełmy, tu też została moja uzbrojona ochrona. Gdy wchodziłem, miałem miękkie nogi. Ich twarze były zimne, bez wyrazu, zero mimiki. Był wśród nich taki niewysoki, na szaro ubrany wysłannik as-Sadra. Patrzyłem, czy nie ma pasa szahida. W sumie za stołem było kilka osób.

CZYTAJ WIĘCEJ W MAGAZYNIE DGP >>>