No, dzieli, oczywiście, ale najważniejszy podział nie dotyczy „zwolenników” i „przeciwników”, lecz tych, którzy stan wojenny kojarzą z wydarzeniem ważnym w życiu ich rodziny, i tych, którym „wojna polsko-jaruzelska” kojarzy się... z niczym szczególnym.

Od wielu lat prawidłową datę wprowadzenia stanu wojennego potrafi podać nie więcej niż połowa ankietowanych. Pewno, że wśród tych Kiepskich w Datach są po prostu młodzi ludzie, dla których koksowniki na ulicach są wspomnieniem równie historycznym, jak szwoleżerowie Księstwa Warszawskiego. Tylko że niewiele zmienia to obraz rzeczy.

W rodzinach, dla których tamten grudzień oznaczał albo lęk przed nagą przemocą komunizmu, albo lęk przed odwetem ze strony podziemia czy (wspólny obu stronom konfliktu) lęk przed inwazją Ruskich – stan wojenny został dobrze zapamiętany i tamtejsze emocje na ogół udzielają się następnym pokoleniom. (Wybór polskiego papieża, zima stulecia, stan wojenny – nie opowiadaliście o tym swoim dzieciom?).

Zapominają o stanie wojennym ci, którzy i tak żyją jakby z boku systemu. Istotą stanu wojennego było brutalne wypchnięcie na margines wydarzeń politycznych zwolenników „Solidarności”. Jednakże miliony Polaków na tym marginesie były od zawsze. Nie wkręcił ich komunizm, nie załapali się na „Solidarność”. I nie porwał ich wir transformacji ani demokracji. Być może te parę milionów ludzi biernych to bomba z opóźnionym zapłonem. A może tylko niewypał, którego żaden system w naszej części Europy nie da rady rozbroić.