Nawołują, aby poważnie i merytorycznie dyskutowali o tym zagadnieniu politycy. No, akurat ten postulat przypomina anegdotę, której autorstwo przypisywano Jackowi Kuroniowi: „Są dwie drogi upadku komunizmu. Pierwsza, racjonalna – przyjdzie z nieba archanioł i ognistym mieczem wypędzi komunistów, wśród wichrów i ryku trąb. A druga? Cud. Komuniści sobie po prostu pójdą”.

Donald Tusk, w początkach premierostwa, chlapnął coś o szybkim (podał nawet datę) przyjęciu euro. Już nigdy nie dowiemy się, czy mówił serio. W każdym razie powiedział tak na fali podwójnej koniunktury, gospodarczej i emocjonalnej – Unia była wówczas bardzo pewna siebie. Niedługo potem przyszła dekoniunktura. To, że nad Wisłą przeszliśmy przez krach w miarę suchą nogą, zawdzięczamy złotemu. Dziś mamy, jak czytamy w prasie wartościowej, początki schłodzenia gospodarki. I choć euro nie zostałoby wprowadzone zbyt szybko, a więc kolejne spowolnienie i tak zdążylibyśmy „przejechać” na starej walucie, to proponowanie dziś przejścia na unijny pieniądz kładzie ten pomysł na kolejną dekadę.

Na dodatek z emocjonalnej koniunktury zostało dzisiaj niewiele. Większość Anglików obraziła się na Unię, a podobne nastroje wykazują niektóre inne społeczeństwa zachodnie. Elity unijne mają nastrój jak pekińczyk stojący na deszczu – i podobną minę. Jak w tej sytuacji politycy polscy mają zarazić euroentuzjazmem rzesze polskich wyborców? Rzecz jasna, publicyści „Rzeczpospolitej” nie podają recepty.

Wielu krajowych dziennikarzy, ekspertów, analityków i publicystów od dekad stosuje tę samą sztuczkę: my, mądrzy, wymyślamy wam, niemądrzy politycy, wielkie i trafne cele, pozostaje wam tylko wprowadzić je w życie. To jakby dentyście mówić, że ma leczyć chore zęby, a nie zdrowe – no i bez bólu. Aha, odpowiada dentysta, dziękuję, bardzo mi wasze rady pomogły.