Nie przewidzimy wszystkiego, nie zapewnimy bezpieczeństwa w sposób doskonały. Ale jeśli tuż po nieszczęściu wyruszają w Polskę służby i, oczywiście, znajdują kolejne niebezpieczeństwa, to mamy prawo się bać. Ale dlatego, że nie szukały, zanim nie dostały rozkazu.

Państwo, w którym o skuteczności działań nie decyduje codzienna praktyka, lecz telefon z centrali, jest państwem rządzonym źle. Konsekwencje takich rządów muszą się odbijać na zdrowiu i życiu obywateli. Pod wpływem poruszającego nieszczęścia w escape roomie kontrolujemy escape roomy, ale być może kosztem prewencyjnych kontroli w innych miejscach.

Smutne, ale nieuchronne skojarzenie z tragedią w sprawie dopalaczy. Przed laty nagle odkryto, że budki z dopalaczami to zło. Zareagowała władza, premier Donald Tusk uderzał pięścią w biurko: "Wczoraj w nocy specjalny zespół rządowy z moim udziałem podjął stosowne decyzje i tę kwestię rozstrzygniemy w trybie błyskawicznym, w sposób zdecydowany, żeby nie powiedzieć brutalny". W trybie błyskawicznym handel trującymi substancjami wrócił, kiedy skończyło się prężenie muskułów bezradnej władzy.

Bo władza zawsze jest bezradna, kiedy musi przekonywać, że jest odwrotnie. Premier nie ma się zajmować zamykaniem albo otwieraniem budki z dopalaczami na osiedlu. Ma tworzyć instytucjom państwowym, samorządowym i społecznym zasady działania oraz powodować, by te działania układały się w pajęczą sieć skutecznego społeczeństwa obywatelskiego – skutecznego przez to, że ogromnie wiele rzeczy dzieje się samoczynnie. Po pierwsze, dzieje. Po drugie, samoczynnie.

Jeżeli furgonetki przewożące ludzi albo pokoje zabaw są skutecznie kontrolowane dopiero po tym, jak dojdzie do strasznego wypadku i rozdzwoni się telefon z Warszawy, mamy państwo drugiego sortu, teoretyczne i z dykty. Mieliśmy takie w 2010 r., mamy i w 2019 r. I, jeżeli można być czegoś właściwie pewnym, będziemy je mieli po wyborach do Sejmu.