Pierwsza brzmi - co ma ze sobą wspólnego takie oto zestawienie? W 1976 r. wszedł do sprzedaży komputer osobisty Apple I, przynosząc firmie Wozniaka i Jobsa w ciągu pierwszego roku przychód w wysokości 25 tys. dolarów. Potem minęła ledwie dekada ekspansji produktu, który zrewolucjonizował codzienne życie ludzi.

W roku 1986 sprzedaż komputerów osobistych na całym świecie przyniosła ich producentom 48 mld dolarów. Do czego należy dodać 300 mld USD dochodu z oprogramowania oraz serwisowania. W przypadku grafenu, kiedy w 2013 r. zaczęto nim handlować na większa skalę, przychód zamknęła się kwotą 58 mln dolarów. Wedle dość ogólnych szacunków nim upłynie od tej daty dziesięć lat, roczna sprzedaż grafenu przekroczy wartość 2 mld dolarów. Podobnie jak z rewolucją komputerów osobistych będzie to dopiero początek fantastycznego biznesu. A jak brzmi właściwa odpowiedź na powyższą zagadkę? Jest banalna – zarówno na komputerze osobistym, jak i grafenie Polacy (wyłączając Wozniaka) nie zarobili i nie zarobią ani grosza.

Dalszy ciąg rozgrzewki, czyli druga zagadka. Co mają ze sobą wspólnego postacie inż. Jacka Karpińskiego oraz dr hab. Włodzimierza Strupińskiego? Odpowiedź jest prosta. Otóż mają wspólnego pecha. Polega on na tym, że są ojcami genialnych dokonań, na które absolutnie nie powinni się porywać. Pechowo osiągając sukces zatruli życie sobie oraz wielu innym ludziom, a gorycz klęski będzie psuć samopoczucie Polakom przez kolejne pokolenia. Bo nic tak nie niszczy dobrego humoru, jak wizja setek miliardów dolarów, będących teoretycznie na wyciągniecie ręki, a po które nie udało się sięgnąć.

Inżynier Karpiński wyprzedzał swoją epokę, budując już w latach 60. pierwsze sieci neuronowe. Jego „perceptron” był maszyną zdolną do uczenia się, która rozpoznawała otoczenie przy użyciu kamery. W roku 1970 zaprezentował światu mikrokomputer K-202, oparty na układach scalonych. W tamtym czasie komputery miały wielkość dużych szaf i dokonanie Karpińskiego stanowiło prawdziwą rewolucję, otwierającą drogę do narodzin domowego, komputera osobistego.

Zachwycony polskim osiągnięciem Edward Gierek pofatygował się złożyć wynalazcy gratulacje. Przy okazji obiecując pomoc. Dzięki wsparciu najważniejszej osoby w państwie inżynier został szefem Zakładu Mikrokomputerów Zjednoczenie Przemysłu Automatyki i Aparatury Pomiarowej „Mera”. Do kooperacji przy planowanej produkcji K-202 zaproszono też kapitał brytyjski. Dalsze, smutne losy Karpińskiego, są powszechnie znane. Jego mikrokomputer naruszył święty spokój kilku ministerstw a kierownictwo konkurencyjnych zakładów „Elwro”, produkujących przestarzałe urządzenia elektroniczne, przyprawił wręcz o zawał.

Zbyt nowoczesny produkt niweczył w PRL istniejące porządki, wymuszając niechciane zmiany. Nawet dyrektorzy z „Mery” szybko zaczęli mieć dość mikrokomputerów, bo jedynie przysparzały im wrogów. Partyjna nomenklatura wzięła się więc solidarnie za zaszczuwanie inżyniera. Ten stawiał opór bardzo długo, pomimo pozbawienia go kierowniczego stanowiska. Pękł dopiero w 1978 r. Wówczas rzucił wszystko i zamieszkał na wsi pod Olsztynem, gdzie zajął się hodowlą świń. Rzecz jasna projekt polskiego komputera osobistego umarł śmiercią naturalną.

Również dr hab. Włodzimierz Strupiński nadzwyczaj długo opierał się nieuchronnej klęsce. W sumie trudno mu się dziwić. Opracowana pod jego kierunkiem technologia pozwala wytwarzać na skalę przemysłową arkusze materiału kilkaset razy odporniejszego od stali, przewodzącego prąd wielokrotnie szybciej niż miedź, a jednocześnie niesamowicie elastycznego. Pojedynczy arkusz grafenu ma grubość zaledwie jednego atomu. Już dziś konstruktorzy tworzą wizje niezniszczalnych ekranów dotykowych, mikroprocesorów nieporównywalnie szybsze od krzemowych, doskonałych endoprotez, czy pancerzy pojazdów bojowych. Wszystko w oparciu o właściwości grafenu. Gdyby udało się obniżyć koszty jego produkcji, to nic nie nadaje się lepiej na powłoki pojazdów kosmicznych.

Steve Jobs zaczynał w garażu, mimo to zbudował firmę wartą pół biliona dolarów, bo miał w ręku genialny wynalazek. Jednak w Polsce za sprawą grafenu żadna międzynarodowa korporacja się nie narodzi. Choć przecież rząd chciał dobrze. Gdy tylko o odkryciach Strupińskiego zrobiło się głośno nakazał Polskiej Grupie Zbrojeniowej oraz należącemu do KGHM funduszowi KGHM TFI stworzyć wspólnie spółkę Nano Carbon.

Miała ona zająć się produkcją grafenu na skalę przemysłową we współpracy z warszawskim Instytutem Technologii Materiałów Elektronicznych (ITME). Tam zaś swe praca badawcze kontynuował zespół dr hab. Strupińskiego. Potrafiliśmy spiąć potęgę wynalazku, energię finansistów i pomoc państwa - oznajmił premier Donald Tusk w połowie grudnia 2013 r., podczas uroczystości z okazji rozpoczęcia produkcji polskiego grafenu. Edward Gierek też niejeden raz wygłaszał takie deklaracje.

Minęło pięć lat i jedynym sukcesem, jaki odnotowano było objęcie polskiej technologii ochroną patentową przez United States Patent and Trademark Office. Na początku wyścigu zagraniczna konkurencja potrafiła wytworzyć płatek grafenu o rozmiarach 2 na 2 cm, gdy Polacy produkowali już arkusze o rozmiarach 50 na 50 cm. Dziś już nic nie produkują. Naukowcy odeszli, Strupiński dostał w zeszłym roku dymisję, a urządzenia do wytwarzania grafenu Nano Carbon wystawiło na sprzedaż.

Całą przewagę diabli wzięli, bo Chińczycy i Amerykanie ciągle doskonalą własne technologie. Ta klęska nie powinna nikogo dziwić, tak jak nie dziwił koniec Karpińskiego, choć przecież Edward Gierek chciał dobrze. Dobre chęci w polskiej codzienność odgrywają bowiem rolę idealnej fasady, za którą można ukryć realia. Aby jakiś projekt odniósł sukces ludziom nim zarządzającym musi na tym szczerze zależeć.

W przypadku kolejnych dyrektorów ITME głównym zajęciem było toczenie wojen podjazdowych ze zbyt ambitnym i samodzielnym, a przez to zagrażającym ich pozycji „ojcem” polskiego grafenu. Jego wielki sukces nic szefom państwowej jednostki badawczej nie dawał, a pozbycie się kogoś, będącego jak przysłowiowy wrzód (wiadomo gdzie) całkiem sporo. Z odczuciem wielki ulgi na czele. Podobny interes mieli kolejni prezesi spółek Skarbu Państwa. Zarówno w przypadku KGHM, jak i PGZ na kierownicze stanowisko minister skarbu nie wyniesie kogoś pokroju Elona Muska. Nawet gdyby ten w przypływie jakiegoś obłędu sam zgłosił się na ochotnika.

Strategiczną spółka musi kierować ktoś, komu minister i rząd mogą ufać. Wierność i posłuszeństwo są w cenie, a nie jakieś szalone wizje, ambicje, zdolności, grafen i inne pierdoły. Poza tym, każdy zdrowy na umyśle prezes państwowej spółki wie, że na stołku utrzyma się najdłużej do momentu, gdy protegująca go partia straci władzę. Często zdarza się pech, iż o końcu prezesa decyduje taki drobiazg jak upadek, promującego go ministra. Pecha potęgują sprzeczne interesy w obozie władzy, co objawia się wkroczeniem do akcji funkcjonariuszy CBA. Co ostatnio boleśnie odczuto w PGZ.

Mając świadomość ilu prezesów i dyrektorów ze spółek Skarbu Państwa kończyło swe kariery na więziennym wikcie (w sumie też państwowym) nie można sobie pozwalać na potęgowanie ryzyka, bez ostatecznej konieczności. Takim ryzykiem jest zaś inwestowanie w grafen. Zarówno sukces finansowy, jak i straty Nano Carbon generują śmiertelne ryzyko dla prezesów państwowych firm. Wkracza się bowiem na zupełnie dziewiczy obszar działania, a trzeba dopasować do niego procedury i zachowywać się zgodnie z obowiązującym spółki Skarbu Państwa prawem. Nie wolno też wypaść z układów aktualnie obowiązujących w obozie władzy.

Oczywiście da się to zrobić, ale nie ma gwarancji, że po kolejnej zmianie rządów, a nawet już za kadencji obecnego, nie stanie się to pretekstem do dymisji. Przy odrobinie pecha w grę zawsze wchodzi też wyrok kilku lat więzienia. Zdrowy instynkt samozachowawczy nakazuje zbyt nowatorskiej inwestycji po cichu ukręcić łeb, a jej pomysłodawcę zaszczuć. Dlatego polski grafen musiał ponieść klęskę, podobnie jak umrze śmiercią naturalną w Polsce każda nowatorska technologia, rozwijana w oparciu o inwestycje państwowych firm.

No chyba, że ich prezesami zacznie się mianować osoby o bardzo mocnych skłonnościach samobójczych. Dopóki to nie nastąpi dr hab. Strupiński i jemu podobni powinni się skupić na hodowli świń. One zawsze mają przyszłość.