Wszyscy znają Jana Olszewskiego – polityka.

Piotr Ł. J. Andrzejewski: Bo polityka była jego żywiołem, ale ja poznałem Jana – wielkiego adwokata.

W PRL adwokata ludzi i spraw przegranych.

Adwokaci wiedzieli, że wynik rozprawy nie zależy od ich pracy, zwłaszcza w procesach politycznych, ale jakość ich obrony i poświęcenie zawsze musiały być na najwyższym poziomie.

Dziś, w przededniu jego pogrzebu, ucieknijmy od rozmowy o polityce.

Był wzorem przezorności, ostrożności, przy jednoczesnej wielkiej odwadze osobistej. Wie pan, o co pytano, gdy tylko coś się działo? „A co Jan na to?”.

To samo mówiła Zofia Romaszewska. W KOR, jak chcieli rozstrzygnąć jakiś problem, to pytali: „Co na to Jan?”.

Tak było od samego początku. W jakimkolwiek środowisku się pojawiał, stawał się wyrocznią. On nie tyle wylewał kubeł zimnej wody, ile przeprowadzał analizę sytuacji. To były intelektualne perełki – argumentował ostrożnie, niuansował sytuację, oglądał ją z każdego punktu widzenia, a potem wyprowadzał jednoznaczne wnioski.

Wszyscy do niego mówili „Janie”?

Tak, w zasadzie nigdy Jasiu czy Janku. Jan to był Jan.

Jaki był prywatnie?

Zawsze powściągliwy, to nie był ludyczny, dynamiczny gracz, jakim potrafił być Władysław Siła-Nowicki. Jan umiał słuchać ludzi, ich argumentów. Nie zdradzał się ze swoją opinią zbyt wcześnie, milczał, dopóki nie padło kardynalne: „A co ty, Janie, na to?”.

Kiedy go pan po raz pierwszy zobaczył?

To był proces Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego po ich słynnym liście do partii z 1964 r. Ich obrońcą był właśnie Olszewski, wspaniale się prezentował. Bardzo ich później szanowałem, ale wtedy, na procesie, Jacek był marginalny. Znakomite, wyważone było wystąpienie Karola Modzelewskiego, wygłoszone z pozycji ideologicznych, zbliżonych do systemu, ale całkowicie kontestujące formułę funkcjonowania PRL. Ranga tego procesu była ogromna, a na mnie, młodym prawniku, wielkie wrażenie zrobił Olszewski.

Skąd on się wziął w palestrze?

Jego patronem był słynny adwokat Mieczysław Maślanko, w czasach stalinowskich postać co najmniej kontrowersyjna…

O nim i jemu podobnych mówiono „adwo-kaci”, bo bywali równie bezwzględni co prokuratorzy.

Maślanko zasłynął jako obrońca niezwykle elastyczny i sprawny. Z kolei Olszewski po aplikacji współpracował z Anielą Steinsbergową…

Późniejszą założycielką KOR.

Pamiętam, jak w 1965 r. bronili szefa Związku Literatów Polskich Jana Nepomucena Millera, który ostatecznie został skazany na trzy lata więzienia. Ponieważ oskarżano go o „rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji”, to Olszewski ze Steinsbergową zamówili opinię u trojga autorytetów: Leszka Kołakowskiego, Tadeusza Kotarbińskiego i Marii Ossowskiej o tym, co to jest informacja. To był majstersztyk.

Nie pomogło.

Sąd tę opinię odrzucił, ale ja jej używałem jeszcze w obronach politycznych w stanie wojennym. Świetny dokument.

Broniliście wszyscy według jednego sposobu?

Nie, każdy miał swój, ja się wzorowałem właśnie na Janie Olszewskim. On miał imponujące wystąpienia, ale nad wszystkimi górował wtedy wspaniale perorujący Siła-Nowicki. Jan był powściągliwy, sceptyczny, powoli zbliżał się do tematu, analizując stan faktyczny i stan prawny. To ostatnie po mistrzowsku robił Tadeusz de Virion. Analizował stan prawny w sposób naukowy, taki, że go z otwartymi gębami słuchali sędziowie. A jak jeszcze coś napisał, to mieli ściągę na następne sprawy. Imponujące było, jak dalece potrafił on z orzecznictwa i z doktryny wyprowadzać wnioski. Olszewski był bardzo podobny.

Różnica polegała na tym, że on był powściągliwy, a Siła-Nowicki mówił ze swadą?

Ze swadą? To był po prostu wielki teatr, zadziwiający i w sposobie mówienia, i w treści oracji. Odwoływał się jednocześnie do świata wartości i kultury, wiele mówił o motywacji. Porywający i, o dziwo, skuteczny. A Olszewski był inny, logiczny, wszystko rozgrywał na zimno, perfekcyjnie.

Sędziowie to podziwiali?

Jan był i zbyt mądry, i zbyt uczciwy. De Virion wiedział, że jest określone teatrum, potrafił grać wedle reguł, doskonale opanował konwencję.

A kiedy pan poznał osobiście Olszewskiego?

To był początek lat 70., na Brackiej, w mieszkaniu Siły-Nowickiego, który mnie przedstawiał wszystkim jako swojego następcę. Tam schodziło się zawsze mnóstwo osób. Żył jeszcze Witold Lis-Olszewski…

Wybitny, przedwojenny prawnik, wiecznie prześladowany przez komunę.

On tam bywał, spotykałem innych wielkich prawników – Andrzeja Grabińskiego, potem choćby oskarżyciela w procesie zabójców ks. Jerzego Popiełuszki, bywał tam Stanisław Szczuka...

Graliście w karty?

U Siły-Nowickiego się nie grało. Chyba ze trzy stoliki brydżowe były w klubie, w radzie adwokackiej w Al. Ujazdowskich, gdzie rozmawiano o wszystkim.