Namiastkę tego, jak istotna jest to sprawa przeżywamy ostatnio, uskuteczniając zbliżenie ze Stanami Zjednoczonymi. Im ta przyjaźń jest bardziej zażyła, tym robi się boleśniejsza. Zwłaszcza dla narodowego ego.

Wystarczy upublicznienie jednego, czy drugiego listu pani ambasador Georgette Mosbacher, lub komentarz wpływowej dziennikarki MSNBC Andrea Mitchell o polskim nazistowskim reżymie, a społeczeństwo zaczyna się gotować. Zwłaszcza na wieść, że Polacy ponoć pacyfikowali żydowskie powstanie w getcie wspólnie z jakimiś bliżej nieokreślonymi nazistami.

Jako, że Andrea Mitchell swój komentarz uczyniła w kontekście warszawskiej konferencji bliskowschodniej, być może szło jej o nazistów narodowości irańskiej, ale na pewno nie niemieckiej.

Jak na razie namacalne efekty ciężkiej pracy polskiej dyplomacji można ująć w kilku punktach. Po pierwsze Polska ma szansę wziąć udział w krucjacie przeciw Iranowi, tak nadrabiając zaległości ze średniowiecza. Wówczas piastowscy władcy notorycznie wymigiwali się od wypraw krzyżowych. Często robiąc to w bardzo bezczelny sposób. Tak, jak Leszek Biały, który dociśnięty przez papieża Honoriusza III, w przesłanej mu wiadomości tłumaczył, iż na krucjacie wraz z wojskiem się nie zjawi z powodu: złego stanu zdrowia, nadwagi, a „zwykłej wody pić nie może, przywykłszy do picia jedynie piwa lub miodu” – odnotował Honoriusz III. Polski książę spożywania powszechnego w Ziemi Świętej wina stanowczo odmawiał. Aby uniknąć śmierci z pragnienia Leszek Biały pozostał w kraju, zaś papież jakoś to przełknął. Dziś tak asertywna odpowiedź polskiego rządu byłaby rzeczą nie do pomyślenia.

O wiele łatwiej przychodzi np. danie premierowi Izraela możności zabłyśnięcia zdecydowaniem przed nachodzącymi w Państwie Żydowskim wyborami.

Wedle „Jerusalem Post” Benjamin Netanjahu w warszawskim Muzeum Historii Żydów Polskich oznajmił, iż „naród polski działał we współpracy z reżimem nazistowskim, by zabijać Żydów podczas Holocaustu”. Ukłon w stronę antypolsko nastawionych wyborców może ugrupowaniu Netanjahu przynieść dodatkowe głosy radykałów, nie wygląda natomiast na to, żeby mógł cokolwiek stracić.

Nasilenie się antysemickich nastrojów w III RP nie będzie żadną stratą, bo akurat jest to zawsze znakomity pretekst, by Polakom znów przywalić. Te przykre incydenty dałoby się łatwiej przełknąć, gdyby w zamian za okazanie staropolskiej gościnności III RP dostała coś konkretnego. Przy czym należy zaznaczyć, że nie chodzi tu o możliwość udziału polskich F-16 w bombardowaniu irańskich instalacji atomowych, szansę wypłaty przez rząd w Warszawie odszkodowania za utracone podczas II wojny światowej mienie żydowskie, czy nawet wymuszone przeprosiny Andrei Mitchell.

Chodziłoby o to, żeby grające w doskonałym tandemie USA i Izrael zaoferowały swemu najwierniejszemu sojusznikowi coś zgodnego z jego interesem strategicznym. Tymczasem na dzień dzisiejszy jedyna konstatacja jaka przychodzi do głowy, to stara mądrość ludowa, którą można ująć następująco: „Jakby się III RP nie obracała, to część ciała, którą ma poniżej pleców nadal znajduje się z tyłu”. To powiedzenie ma swoją, wielowiekową historię. Świetnie obrazuje ona wspomnianą na początku tajemnicę niemożności zawarcia przez Polskę sojuszu, przynoszącego długofalowe korzyści. Bardzo powinno dać do myślenia, że ostatni raz Polakom udało się taka sztuka bodajże w 1385 r.! Wówczas to podpisano z litewskim księciem Władysławem Jagiełłą układ w Krewie. Polska zyskał sojusznika w walce z Zakonem Krzyżackim, a Litwini dzięki wsparciu Polaków skutecznie powstrzymali przez kilka stuleci ekspansję Moskwy. Współpraca dwóch nacji okazała się tak korzystna, że zlały się w jedno państwo. Jednak po Krewie było tylko gorzej.

Zwykle polskie plany strategiczne trzymały się jednego schematu. Ogólne koncepcja prezentował się nad wyraz słusznie, lecz katastrofa zawsze czyhała w szczegółach. Po wygaśnięciu dynastii Jagiellonów szukano zbliżenia z Francją. Jednak wybrany na króla Henryk Walezy, gdy tylko tron w jego ojczyźnie się zwolnił, wolał uciec, niż rządzić państwem, gdzie jego władzę ograniczał Sejm i pacta conventa. Eksperyment ze Stefanem Batorym uznano za udany, lecz nie przyniósł żadnych trwałych związków z Siedmiogrodem.

Po śmierci Węgra na tron wybrano więc przedstawiciela szwedzkiej dynastii Wazów. Pomysł wydawał się znakomity. Szwecja wspólnie z Rzeczpospolitą miały odepchnąć Rosję od Bałtyku i uczynić z niego wewnętrzne morze imperium, tworzonego przez dwa, związane unią personalną mocarstwa. Diabeł tkwił w szczegółach. Szwedzi byli mało tolerancyjnymi protestantami, bojącymi się ultrakatolickiego Zygmunta III Wazy. Poza tym marzyły się im bogate w żyzne ziemie polskie Inflanty. Te rozbieżności szybko zaowocowały katastrofą. W Sztokholmie doszło do przewrotu i polski Waza stracił szwedzką koronę, czego nie zamierzał zaakceptować. Tak zapoczątkowało wojny toczone przez ponad sto lat. W ich trakcie Szwedzi przekonali się, że żaden inny kraj nie daje się lepiej złupić od Rzeczpospolitej. Korzystali więc z tego przy każdej nadarzającej się okazji. Natomiast polscy Wazowi i potem Sobieski miotali się między koncepcją sojuszu z Habsburgami, a przyjaźnią ze śmiertelnym wrogiem Wiednia, jakim stała się Francja. Ukształtowało to w Rzeczpospolitej dwa stronnictwa, przyzwyczajone do tego, że ambasador francuski lub austriacki wypłaca im stałe subsydia.

Gdy, któreś brało górę, drugi natychmiast używało liberum veto, paraliżując Sejm i całe państwo. Ratunkiem zdawał się ścisły związek z Saksonią. Pomysł prezentował się znakomicie. Bogaty, dobrze zarządzany niemiecki kraj powinien skutecznie wesprzeć chwiejącą się Rzeczpospolita. Tyle tylko, że wybrany na króla saski elektor August II Mocny od interesów Polski dużo bardziej cenił interes Saksonii oraz własny. Wdał się w konszachty z carem Piotrem I, wplątując Rzeczpospolitą w bezsensowną wojnę ze Szwecją. Po niej Rosja wyrosła na mocarstwo a spustoszona Polska spadła do rolni kraju wasalnego. Odtąd decydujący głos w Warszawie miał carski ambasador. Przez następne dwa stulecia lista równie udanych sojuszy jest całkiem pokaźna. Król Stanisław August Poniatowski, gdy uchwalano Konstytucję 3 Maja zawarł sojusz z Prusami licząc, iż te będą bronić polskiej niepodległości, a nie wybiją nóż w plecy. Z kolei targowiczanie wierzyli, że caryca Katarzyna jest ich szczerą sojuszniczką.

W czasach nam bliższych wyjątkowo udany okazał się w 1939 r. sojusz z Francją i Wielką Brytanią. Kolejnym sojusznikiem Polski mianował się bez pytania Polaków o zgodę Związek Radziecki. Po czym zainstalował nad Wisłą swoje bazy wojskowe, narzucił własny ustrój polityczny i nadzorował pracę oraz wymianę lokalnych ekip rządzących. Końcowym efektem tego „sojuszu” mogła być III wojna światowa. W jej trakcie polskich żołnierzy czekało podbijanie Danii, a ziemie między Wisłą a Odrą uderzenie atomowe sił strategicznych NATO.

Taki wariant raz na zawsze rozwiązałby problem Polaków z dobieraniem sobie sojuszników. Na szczęście się nie wydarzył, ale trwająca już ponad pół tysiąca lat przypadłość pozostała. Nadal też brak przekonującej diagnozy dlaczego, gdy Polska wybierze sobie najbliższego sojusznika, to nawet wrogowie zaczynają wydawać się od niego sympatyczniejsi.