Ogłoszenie Deklaracji LGBT+ przez platformerskie władze Warszawy w przededniu wyborów europejskich za "koszmarny błąd" uznał Roman Giertych. Teoretycznie wystąpił jako cynik doradzający opozycji najskuteczniejszą taktykę. Kluczowe zdanie jego komentarza brzmiało: "Tematy ideologiczne dzielące Koalicję Europejską są ostatnią nadzieją PiS na utrzymanie władzy".

Można by podejrzewać, że Giertych występuje mniej jako ekspert od gier politycznych, bardziej jako rzecznik prawicowych poglądów. Jednak jego głos został powitany z uznaniem przez wielu mainstreamowych polityków PO, choćby Włodzimierza Karpińskiego, byłego ministra skarbu (na Twitterze). O tym, że w samej Platformie zdania są podzielone, świadczy choćby odcięcie się od decyzji Rafała Trzaskowskiego jego poprzedniczki, Hanny Gronkiewicz-Waltz. Wyjątkowo mocno wypowiedział się w tej sprawie sympatyzujący zwykle z PO arcybiskup warszawski Kazimierz Nycz. Zakłopotani są ludowcy. Ich działacze doradzają w mediach społecznościowych mocny sprzeciw i żądają dymisji wiceprezydenta Warszawy Pawła Rabieja.

Na razie teatr cieni

Można się długo zastanawiać, po co Platformie ta awantura. Trzaskowski potraktował ją być może jako rutynowe spełnienie jednej z wyborczych obietnic, łatwiejszej niż te socjalne, a pasującej do liberalnej stolicy. Dochodzi zamysł Grzegorza Schetyny, aby nie dać się Wiośnie Roberta Biedronia przelicytować na lewicowość, także obyczajową. A wreszcie ważna jest zwykła nadzieja na okazję do kolejnych starć z prawicą, rozliczanie z europejskości, zarzucanie wstecznictwa.

Jednak to PiS przejął inicjatywę i to on rozlicza Koalicję Europejską, a także podsyca różnice w jej obrębie. Sięgnięto zwłaszcza po jedną zapowiedź z deklaracji. Warszawscy urzędnicy obiecali "wprowadzenie edukacji antydyskryminacyjnej i seksualnej w każdej szkole, uwzględniającej kwestie tożsamości psychoseksualnej i identyfikacji płciowej, zgodnej ze standardami i wytycznymi Światowej Organizacji Zdrowia (WHO)". Debata o tym, co zamierza się robić w warszawskich szkołach, rozpaliła emocje w internecie. Zaniepokojeni są nawet niektórzy liberałowie, którzy nie mieliby być może nic przeciw jakiemuś uregulowaniu prawnemu jednopłciowych związków. Reagują jednak niepokojem na pojawiające się w mediach społecznościowych wieści, iż owe standardy WHO to bardzo wczesne edukowanie dzieci odnośnie do ich seksualności i tożsamości płciowej.

Już Giertych, polemizując z zapisami warszawskiej karty, przypomniał, że nie jest w gestii samorządów rozszerzać program nauczania. Tu decyzje należą do rządu. Wydaje się, że jedyne, co mogliby zrobić warszawscy urzędnicy, to wprowadzić nieobowiązkowe zajęcia po lekcjach, które i tak wymagałyby zgody organów szkoły. I które władze centralne mogłyby skutecznie blokować, co pokazały w Gdańsku, występując przeciw zajęciom antyprzemocowym, uznanym przez tamtejszego wojewodę za zbyt ideologiczne.

Tym bardziej trudno twierdzić, że istniał plan uczenia czteroletnich dzieci, czym jest masturbacja. Choć taki zapis prawicowe organizacje odkryły w 50-stronicowym dokumencie, jakim są "Standardy WHO". Zdezorientowani politycy PO zaprzeczają takim zamiarom, ba, powołują się na to, że od szóstej klasy szkoły podstawowej jest przedmiot "wychowanie do życia w rodzinie", który oni chcieliby tylko nasycić nowymi treściami. Tego zaś nie mogą za bardzo zrobić, wobec braku kompetencji władz Warszawy do pisania szkolnych programów. Zarazem zgodnie z logiką wojny "postęp kontra ciemnogród" ci sami politycy PO nie są też w stanie skrytykować choć jednego zdania napisanego pod szyldem Światowej Organizacji Zdrowia. W efekcie wydają z siebie ezopowe komunikaty.

Edukacja seksualna, czyli…

Bez wątpienia PiS wyolbrzymia zagrożenia, tak jak wyolbrzymiał perspektywę sprowadzania do Polski mas uchodźców. Tyle że to liberalna opozycja dała mu oręż do ręki. Jeśli stało się to przypadkiem, bo Trzaskowski chciał wykonać akurat teraz wyborcze zobowiązanie, to oznacza, że w PO nie ma koordynacji między polityką lokalną i ogólnokrajową. Jeśli zaś ktoś uznał, że licytacja w sprawie gejów jest dogodnym polem dla Platformy, to oznacza, że nie rozumie się tam polityki. Cała Polska nie jest Warszawą, a najbliższe dwie kampanie wyborcze są ogólnopolskie. Choć stosunek do żądań mniejszości seksualnej zmienia się na pozytywniejszy, z reguły nie zyskują one poparcia większości.

I na opowieści o taktycznych wymiarach całej historii można by skończyć. Ale nie da się. Bo spór, dziś może przedwczesny czy umowny, antycypuje debaty, które są przed nami. W nierozstrzygniętym dylemacie PO, czy podpisywać się pod celami WHO, czy je przemilczać, pobrzmiewa pieśń przyszłości. Wiele państw zachodnich już to przechodziło.

Akurat ta sprawa nie dotyczy wcale tylko praw gejów czy lesbijek. Oni są przekonani, że szkolna edukacja to jedna z dróg do zmiany nastawienia społeczeństwa wobec problemu seksualnej tożsamości. Ale też samo pojęcie edukacji seksualnej zawiera w sobie dylemat. Co tu jest koniecznym uświadamianiem, pokazywaniem konsekwencji, także zagrożeń, nieodzownym we współczesnym świecie, a co indoktrynowaniem – bo tak tradycyjna część opinii publicznej rozumiała np. decyzję wielu szkół zachodnich, aby rozdawać nastolatkom prezerwatywy?

Bardziej tradycyjni rodzice będą na dokładkę uważać zajęcia zbyt wczesne czy zanadto zaangażowane w promowanie jednej wersji relacji seksualnych za zamach na swoje prawo do wychowania dzieci. W Polsce jest ono gwarantowane przez konstytucję. Seksualni edukatorzy mogą się okazać misjonarzami bardzo jednostronnego podejścia do tematu. A mogą też być schematycznymi rutyniarzami – jak w kapitalnej sekwencji "lekcji seksu" w filmie "Sens życia według Monty Pythona". Tyle że dla tak zwanego obozu postępu katastrofą jest z kolei bierność i pozostawianie spraw własnemu biegowi. Czytaj: niedostatecznie uświadomionym rodzicom, kolegom, popkulturze.

Kto nie jest ciemnogrodem

Zderzenie różnych recept i postaw jest tu nieuchronne. Nieprawda, co próbują głosić politycy i eksperci chcący uniknąć zajęcia stanowiska, że to temat zastępczy, nieistotny wobec bezmiaru wyzwań społecznych i ekonomicznych. Zarazem odpowiedź może nie okazać się wcale prosta. Chyba że uniknie się największych skrajności. Choćby traktowania wątpliwości jako przejawu braku cywilizacji, ulegania nienaukowym podejściom itp.

W Polsce z tzw. liberalnej strony na razie padają zbyt zdawkowe wyjaśnienia, na czym miałoby polegać "uświadamianie", od jakiego wieku i przy użyciu jakich technik. Czasem brzmią nawet przekonująco, kiedy mówi się, że nie chodzi o uczenie dzieci technik masturbacji, ale o objaśnienie im, czym ona jest. Ja nadal mam wątpliwości, czy szkoła, ze swoją specyfiką zajęć kolektywnych i bardzo formalnych, jest najlepszym miejscem do przekazywania informacji najbardziej intymnych. Ale próbuję zrozumieć.

Konserwatyści niekoniecznie są w tej debacie troglodytami, ludźmi zamkniętymi na rzeczywistość. Oto Krzysztof Mazur, szef Klubu Jagiellońskiego, wywołał niedawno zainteresowanie kręgów obecnej opozycji swoją krytyką budżetowych obietnic premiera Morawieckiego. Zapewne mniej euforii wzbudzi tam jego próba odniesienia się do filozofii zawartej w Standardach WHO.

"Przeczytałem ten dokument i muszę powiedzieć, że jako ojciec trójki dzieci nie zgadzam się na prowadzenie edukacji seksualnej według tych wytycznych" – stwierdził. "Mam kilka słów komentarza do ekspertów z WHO: wasze patrzenie na świat jest protekcjonistyczne. Nie ma ono nic wspólnego z tolerancją dla odmienności kulturowych. Chcecie wszystkich ulepić według własnego wzorca. Do tego kryjecie się za etykietami »naukowości« i »obiektywności«. Tymczasem światopogląd progresywny, afirmujący wszelką seksualność, o ile na partnerskich zasadach i z odpowiednim zabezpieczeniem, jest tak samo arbitralnym wyborem, jak światopogląd konserwatywny, który mówi również o gotowości psychicznej, emocjonalnej, społecznej i duchowej przed współżyciem. (…) Chęć przekazania młodym ludziom, jak podjąć decyzję o współżyciu odpowiedzialnie, nie oznacza strachu przed seksualnością czy jej wypierania" (pisownia oryginalna – red.).

Proszę zwrócić uwagę, że od dłuższego czasu nie piszę nic o mniejszościach seksualnych, ich aspiracjach i dążeniach. Są one bowiem jedynie częścią szerszej dyskusji, którą dobrze opisał Mazur. Ale rozmowy o nich także nie unikniemy. Środowiska LGBT z naturalnych powodów są w awangardzie głosicieli światopoglądu progresywnego. Niekoniecznie dotyczy to wszystkich ludzi o odmiennej orientacji seksualnej, ale tych, których najbardziej widać.

O przyjaciołach gejach słów kilka

I tu pora na akcent osobisty. W czasach mojej młodości geje byli albo bohaterami demonicznych historyjek, albo często przerysowanymi, zabawnymi postaciami z filmów. Dziś ja sam znam wielu z nich, są to znajomości normalne i ułatwiające nie tylko szacunek, ale i zrozumienie. Także dla budzącego u wielu konserwatywnych katolików zgrozę zdania papieża Franciszka: "Kimże ja jestem, żeby osądzać".

Kiedy dyskusja na temat ich miejsca w społeczeństwie kiełkowała w Polsce na początku lat 90., wielu konserwatystów zasłaniało się postawą najtwardszą z możliwych. Wyrażał ją poseł Stefan Niesiołowski mówiący o "braku akceptacji dla zboczeń". Nigdy mnie ta poetyka nie pociągała.

W tym kryło się jednak podejście wyrażone przez jednego ze światlejszych konserwatystów, moich rówieśników, który tłumaczył zasady społeczeństwa tradycyjnego. Przyznawał, że rygoryzm zmuszający ludzi o odmiennej orientacji do ukrywania się, bywa przykry, ale przecież na nim opiera się porządek społeczny. Wielu z tych ludzi będzie jednak zmuszonych założyć normalne, heteroseksualne rodziny. A przyznanie, że to taki sam wybór jak każdy inny, to jeden z czynników sprzyjających społeczeństwu zdezorganizowanemu, opartemu na związkach nietrwałych, może także premiującemu homoseksualizm kulturowy, gdzie odmienne doświadczenia seksualne mają być obyczajowym eksperymentem.

Zawsze mi się takie podejście wydawało bezdusznym, ale do pewnego stopnia akceptowałem jego logikę. Dziś trzeba sobie powiedzieć, że w naszym kręgu kulturowym ona przegrała. Gdy w Polsce, nawet na prowincji, ludzie coraz łatwiej akceptują tę odmienność, pogodzenie się z tym jest pogodzeniem się z faktami. Próba ustawiania dyskusji wokół pomysłu spychania społeczności LGBT do jej dawnego, ukrytego statusu jest wobec tych zmian obyczajowych nieskuteczna. Warto też się wystrzegać języka obraźliwego. Opór wobec przedwczesnej edukacji seksualnej nie jest tożsamy z walką z pedofilią – powinna to sobie zapamiętać małopolska kurator Barbara Nowak, typowana podobno na nową minister edukacji w rządzie PiS.

Po co związki jednopłciowe

Stwierdziwszy to wszystko, chciałbym jednak mieć prawo do udziału w dyskusji o postulatach środowisk LGBT. Bardzo o nią trudno, skoro niedawno organizacje mniejszości seksualnych oprotestowały sam pomysł TVN, aby spotkać się w jednym studio z ludźmi reprezentującymi bardziej tradycyjny punkt widzenia. Stacja bardzo przecież liberalna została oskarżona o niebezpieczny symetryzm, a dziennikarka "Gazety Wyborczej Dominika Wielowieyska – nazwana homofobką. Ta strategia "wszystko albo nic", kontrastująca z dawniejszą ostrożnością, okazuje się do pewnego stopnia skuteczna. Wielu liberałów, lewicowców, ba, nawet centrystów zaczyna podpisywać się pod wszystkim, czego te organizacje sobie zażyczą.

Zarazem ta skuteczność jest w warunkach polskich wciąż niepełna. Trzaskowski wymyślił sobie, że zamiast pełnej prawnej akceptacji dla związków partnerskich pozyska gejów i lesbijki udogodnieniami administracyjnymi. I wpakował się w może trudniejszą dyskusję o edukacji, która pomogła prawicy wytworzyć wrażenie, że oto mniejszości seksualne "sięgają po dzieci".

Ale debata o tych związkach czeka nas także. Według mnie w strategii środowisk LGBT w całym naszym kręgu kulturowym przeważa chęć uzyskania po wiekach symbolicznej satysfakcji. Nikt im niczego nie zabrania, a wiązanie się w pary nie jest nielegalne. Dlatego pojęcie "legalizacji związków" jest czymś mylącym. Niemniej w prawnych regulacjach tak bardzo jak się da upodabniających te ich związki do małżeństw szukają przede wszystkim satysfakcji za czas, kiedy musieli swoje skłonności ukrywać. Reprezentanci seksualnych mniejszości traktują to jako naturalne spełnienie historycznej sprawiedliwości. Ja podobnie jak w przypadku edukacji seksualnej widzę ten dylemat szerzej.

Kręgi progresywne żądają prawnego uznania także dwupłciowych związków partnerskich. Obdarzonych wszystkimi lub prawie wszystkimi prawami małżeństw, ale bez wynikłych z tego statusu zobowiązań. Związki jednopłciowe stają się w tym ujęciu jedynie elementem nowej wizji społeczeństwa. Państwo zaczyna realizować swoistą inżynierię społeczną – antyrodzinną. Oferuje się parom choćby wspólne opodatkowanie do tej pory będące przywilejem prorodzinnym, zarazem z możliwością szybkiego i łatwego opuszczenia partnera. Po co w takiej sytuacji brać uciążliwy ślub – zdaje się mówić ustawodawca?

Stąd mój sceptyczny stosunek do tego kierunku zmian prawnych. Czy jednak istota tego sporu powinna dotyczyć gejów i lesbijek? Tak, przy założeniu, że próbujemy ich zawrócić do katakumb. Jeśli jednak przyjmiemy, że to nie wchodzi w grę, już niekoniecznie.

Pamiętam, jak wraz z grupą znajomych trafiłem do lokalu będącego miejscem spotkań gejów. Rozpoznali mnie i jeszcze jednego kolegę jako przedstawicieli myślenia konserwatywnego. Dosiedli się i jęli przekonywać, że sam pomysł regulacji ich związków ma naturę konserwatywną właśnie. Powoływali się na przykład Wielkiej Brytanii, gdzie właśnie (był 2013 r.) konserwatyści Johna Majora spełnili ten ich postulat.

Dało mi to do myślenia. Ich droga jest przecież odwrotna niż par heteroseksualnych. Dla tamtych partnerstwo w miejsce małżeństwa to krok ku rozluźnieniu więzi, prawnych i psychologicznych. Dla gejów i lesbijek to droga do związku trwalszego. Oczywiście pytanie jeszcze, jak miałyby wyglądać szczegóły takiej regulacji.

Ta konkluzja nie uczyniła mnie jednak bezwarunkowym zwolennikiem tej nowinki. Po pierwsze, nie wierzę w stworzenie takiego rozwiązania "tylko dla mniejszości". A związki partnerskie dla wszystkich byłyby prawdopodobnie krokiem ku kulturze generalnie "bez zobowiązań".

Na koniec pytanie o dzieci

Ale najpoważniejszym jest dylemat, który się w wielu krajach naszej cywilizacji już pojawił. Nadawanie związkom gejowskim czy lesbijskim statusu prawnego nieuchronnie prowadzi do żądania przyznania im prawa do adopcji dzieci. No bo skoro inni mogą, dlaczego oni mieli by być "dyskryminowani".

Mamy zwykle sytuację podobną co w przypadku debaty o wczesnej edukacji seksualnej. Pojawia się chór dowodzących, że dzieci mają w tych związkach "tak samo", że zostało to dowiedzione "wieloletnią obserwacją", a rzecz cała jest potwierdzona uchwałami naukowych gremiów.

Nie twierdzę, że prawdziwy jest stereotyp par próbujących realizować poprzez adopcję jakieś złe skłonności. Możliwe, że to najwyżej margines nie większy niż w przypadku par heteroseksualnych (inna sprawa, że nie wierzę też w wiarygodne statystyki w takich sprawach). Utkwiła mi wszakże w pamięci uwaga znanego polskiego aktora, geja i oponenta obecnego rządu. Kilka lat temu napisał na Facebooku pod pewną dyskusją: "Dziecko powinno mieć ojca i matkę". Dla poczynienia takiej obserwacji nie potrzeba naukowych dowodów, wystarczy wielowiekowe doświadczenie ludzkości. Nie wiem, czy dziś pod wpływem emocji politycznych ów aktor by te słowa powtórzył. Dlatego nie wymieniam jego nazwiska. Ale szacunek za to.

Środowiska LGBT widzą te zmiany jako marsz w jedną stronę – ku postępowi. Ja przypomnę, że nie wszędzie ich postulaty spełniano tak łatwo jak w Anglii. Nawet w laickiej Francji związki partnerskie, jeszcze nie małżeństwa, przyjmowano z mocnym oporem. Do dziś te zmiany są w wielu miejscach świata niepełne.

Nieprzypadkowo klauzule adopcyjne były odwlekane najdłużej jako sprzeczne właśnie z wielowiekowym ludzkim doświadczeniem. Owszem, mamy fenomen łatwego zaakceptowania liberalizacji przepisów w katolickiej Irlandii. Jest 27 państw uznających, choć do różnego stopnia, prawo związków jednopłciowych do przysposabiania dzieci. To jednak ciekawe, że w tejże Francji zwolennicy obywatelskiego buntu żółtych kamizelek wymieniali "przywileje LGBT" jako jeden z elementów zepsucia współczesnego kapitalizmu. Ta debata to przecież produkt czasów, kiedy ogłoszono koniec historii. Adresatem szczególnej opieki państwa w miejsce uszczęśliwionych już ponoć "klas" miały stać się rozmaite grupy wyodrębnione między innymi na podstawie stosunku do seksu. Czy to będzie zawsze aktualne?

Prawo do szczęścia nieabsolutnego

Nie wierzę zarazem w zawrócenie wskazówek zegara. Te pary będą stałym elementem naszej rzeczywistości, pogódźmy się z tym. Co nie musi znaczyć, że każda ich zachcianka powinna być spełniana w imię "prawa człowieka do szczęścia". To prawo także powinno mieć swoje granice, jak każde inne.

Ważna jest też forma dyskusji. Spytałem rzecznika prezydenta Trzaskowskiego, czy zapis o edukacji seksualnej był konsultowany z kimkolwiek poza organizacjami LGBT – z rodzicami, z nauczycielami. Wcześniej zarzut o brak takiej konsultacji postawili biskupi: warszawski i warszawsko-praski.

Spytałem też o inny zapis deklaracji: "Stosowanie klauzul antydyskryminacyjnych w umowach z kontrahentami miasta. Miasto stołeczne Warszawa może być źródłem dobrych praktyk i wpływać na budowanie dobrych praktyk w wielu sektorach gospodarki. Jednym z takich działań będzie stosowanie klauzul antydyskryminacyjnych, których naruszenie będzie mogło skutkować sankcjami". Czy nie wypadałoby spytać o formę i skuteczność konkretnych procedur choćby przedsiębiorców? Nie otrzymałem odpowiedzi.