Warszawa będzie monitorować przemoc przeciwko grupom LGBT+, także w szkołach i miejscach pracy. Warszawa będzie chronić wolność artystyczną, będzie wspierać paradę równości, nie będzie współpracować z firmami, które angażują się w mowę lub akty nienawiści. Warszawa zapewni dzieciom sensowną edukację seksualną. Innymi słowy, ponieważ istnieje grupa, której z powodu przesądów i nietolerancji trudniej korzystać z praw i wolności naszego pięknego świata, Warszawa postara się tej grupie realnie pomóc i zarazem pokazać za pomocą pewnych gestów, że jest ona (owa grupa) tu mile widziana. Dlaczego więc Deklaracja LGBT+ wzbudza aż takie kontrowersje na prawicy?

Odpowiedź 90 proc. liberalno-lewicowego Twittera i 80 proc. takiejż publicystyki streszcza się w słowach "polityczna wojna". Dlaczego PiS i duża część innych środowisk prawicowych sieje moralną panikę? Bo są w trudnej sytuacji wyborczej; piątka Kaczyńskiego nie podniosła sondaży w oczekiwanym stopniu i trzeba znaleźć wroga, na przykład geja transseksualistę, wiozącego na wytatuowanym w jednorożce grzbiecie odziane w skórzane spodnie i masturbujące się z polecenia Unii dziecko Angeli Merkel i Fukuyamy – i poszczuć na niego chętny tłum. Tak twierdzą internety różnej proweniencji; tak wygląda dziś faktyczna tkanka debaty, w której na (wszak niegodne) szafowanie lękiem przed deprawującą mocą tęczowej Europy odpowiada się prawie wyłącznie szafowaniem wyższością moralną i, na zmianę, oskarżeniami to o okrucieństwo, to o zaścianek.

I niby mają rację te lewicowe Twittery i Facebooki; trudno mi wyobrazić sobie, by we w zasadzie pobocznych kwestiach obyczajowych (wszak Deklaracja LGBT+ nie postuluje żadnych głębokich zmian społecznych w stylu zezwolenia na adopcję dzieci parom homoseksualnym) Kaczyński robił coś z głębokiego przekonania. Przyzwyczailiśmy się raczej, że rzuca się nam kwestię aborcji jak mięso między dwa głodne stada psów, byśmy się żarli, kiedy trzeba po cichu robić jakąś niewygodną politykę; rzuca się nam uchodźców, byśmy ze strachu przed ich chorobami biegli do urn; z prawdopodobieństwem bliskim 1 możemy więc założyć, że ów mityczny deprawujący dzieci gej jest właśnie narzędziem w zarządzaniu wyborczą uwagą.

Ale za każdym cynicznym przywództwem idzie orszak, a w tym orszaku, obok sykofantów, błaznów, karierowiczów, owiec i zwykłych głupców znajduje się zawsze kilku myślących ludzi, dla których sprawa jest po ludzku ważna i którzy mają na jej rzecz jakieś realne argumenty. I nie, nie dam się zakrzyczeć siedzącym w lewicowej bańce, którzy wrzasną: "Jak to myślący, czy ktokolwiek myślący może być okrutnym zacofańcem, narzędziem heteronormatywnego patriarchatu, którego poglądy to zwykła przemoc zadawana ofiarom opresji?". Z uporem maniaka bowiem wierzę, że nawet gdy poglądy przeciwnika są dla mnie nieznośne, to jeśli, chcąc nie chcąc, stanowimy oboje część jednej wspólnoty, mam obowiązek się im przynajmniej krótko przyjrzeć, zanim zacznę krzyczeć "Uwaga, Hitler!".