Wyobraźmy sobie pracownika (lub pracowniczkę) bez wyższego wykształcenia, którzy pojawiają się na amerykańskim rynku pracy lat 60. Przez pierwszą dekadę (mniej więcej do 1972 r.) ich zarobki rosną, a dystans wobec absolwentów uniwersytetu jest najniższy w historii. Na dodatek ich praca nie ogranicza się już do ciężkiej, fizycznej, alienującej harówki znanej z XIX w., lecz obejmuje cały szereg posad administracyjnych, urzędniczych czy nawet zarządczych.

Po 1972 r. następuje stopniowa stagnacja zarobków, a dystans między lepiej i gorzej wyedukowanymi przestaje się zmniejszać. Od 1980 r. realne zarobki pracowników nieposiadających wyższego wykształcenia zaczynają spadać. Tylko od czasu do czasu – niczym Krecik w czechosłowackiej kreskówce – nieśmiało wychylając głowę ponad poziom zero (tak jest w USA od 2016 r.). 

Tymczasem u tych z dyplomami szkół wyższych jest wprost przeciwnie. Ich płaca rośnie. I to bardzo szybko. W efekcie dziś mamy znów bardzo znaczące różnice. Nieco mniej widoczne wśród kobiet niż wśród mężczyzn. Ale jednak duże.