Wszystkie te cechy teoretycznie predestynują autorytarne państwo do polityki przesiąkniętej pragmatyzmem. Opierającej się na kalkulacji zysków i strat. Jeśli nie zysków Rosji, to przynajmniej ludzi i grup interesu, dzierżących w niej władzę. Tymczasem nic bardziej błędnego.

Cały cynizm i pragmatyzm rządzącej oligarchii pryska, gdy tylko zetknie się ona z kompleksem, któremu na imię – Ameryka. Wówczas ważne jest tylko bolesne poczucie krzywdy, pomieszane z zazdrością oraz chęcią zaszkodzenia znienawidzonemu konkurentowi. W przypadku tej ostatniej czynności nieistotne są poniesione koszty lub straty. Sama satysfakcja z zaszkodzenia je wszystkie rekompensuje.

Najnowszym objawem amerykańskiego kompleksu są dokumenty ujawnione za sprawą byłego oligarchy Michaiła Chodorkowskiego. Jak wynika z nich, uchodzący za jednego z najbardziej zaufanych ludzi Putina oligarcha Jewgienij Prigożyn, nie tylko finansował grupę internetowych „trolli” usiłujących w 2016 r. wpływać na wyniki wyborów prezydenckich w USA. Ludzie z jego otoczenia przygotowali też plan wzniecania w Ameryce konfliktów na tle rasowym. Podsycając za pośrednictwem Internetu nienawiść czarnoskórych mieszkańców Stanów Zjednoczonych do białej większości.

Wedle doniesień stacji NBC News rozważano nawet stworzenie rosyjskich obozów szkoleniowych w Afryce dla radykalnych Afroamerykanów. Po przejściu kursów na zawodowego terrorystę wróciliby do ojczyzny przeprowadzać zamachy, ku wielkiej radości Kremla. Spiskowcom pracującym dla Prigożyna zdarzyło się puścić wodze fantazji (być może za sprawą spożycia czegoś mocniejszego) i głośno rozważali możliwości doprowadzenia do rozpadu Stanów Zjednoczonych. Tak, aby na południu upadłego państwa narodził się nowy kraj, rządzony przez Afroamerykanów.

Rewelacje nagłośnione przez NBC News oraz londyńskie Dossier Center, które finansuje toczący swą prywatną wojnę z rządzącą Rosją oligarchią, Michaił Chodorkowski, brzmią jak sen wariata. A jednak wszystko wskazuje na to, że są prawdziwe i nie ma w nich nic nadzwyczajnego. Stanowią bowiem typowy objaw trawiącego Rosjan kompleksu. Rodził się on jeszcze w czasach, gdy rosyjską duszę zatruwał kompleks o imieniu – Wielka Brytania. W połowie XIX w. nienawidzono w Petersburgu najmocniej to morskie imperium, bo konsekwentnie uniemożliwiało Rosji zaspokojenie jej mocarstwowych pragnień. Za sprawą Brytyjczyków carowie nie zdołali zagarnąć Konstantynopola i cieśniny Bosfor, tak zdobywając swobodny dostęp do Morza Czarnego. Londyn zablokował rosyjską ekspansję w kierunku Indii oraz centralnych Chin.

Jednym słowem uniemożliwił Imperium Romanowów przekształcić się w najpotężniejsze ze światowych mocarstw. W Petersburgu snuto więc marzenia o rozpadzie Zjednoczonego Królestwa, natomiast Stany Zjednoczone kompletnie lekceważono. I to tak bardzo, że gdy po przegranej z Brytyjczykami i Francuzami wojnie krymskiej brakowało pieniędzy w carskim skarbcu, zaproponowano Waszyngtonowi w 1860 r. odsprzedaż Alaski. Nikt z otoczenia cara Aleksandra II nie zastanowił się wówczas, czy aby nie ma miejsca kardynalny błąd.

Gdy kilka lat wcześniej sprzedano kapitanowi armii USA Johnowi Sutterowi rosyjską kolonię pod San Francisco - Fort Ross, wkrótce okazało się, że tamtejsze ziemie skrywają ogromne zasoby złota. Nie pomny na ten omen car posłał do Waszyngtonu barona Edwarda Stoeckla. Ten przez siedem lat lobbował wśród amerykańskich polityków, wydając na łapówki aż 200 tys. dolarów, nim wreszcie transakcja, za zgodą Senatu USA doszła do skutku. Swoją mocarstwową przyszłość Rosja sprzedała za marne 7,2 mln dolarów. Uświadomienie sobie tego faktu zajęło trochę czasu. Jeszcze w 1914 r. wszelkie prognozy ekonomiczne i demograficzne mówiły, iż w ciągu pół wieku to Imperium Romanowów wyrośnie na największą z potęg. Od początków XX w. jego gospodarka rosła szybciej niż amerykańska, podobnie rzecz się miała z potencjałem ludnościowym. Ale potem wybuchła I wojna światowa, a jej bezapelacyjnym zwycięzcą okazały się Stany Zjednoczone. Natomiast państwo carów rozpadło się, a proces ponownego jednoczenia krwawo przeprowadzili bolszewicy.

O tego momentu kompleks amerykański zaczął zapuszczać w rosyjskiej duszy coraz głębiej korzenie. Podsycała go nie tylko zazdrość o to, że Ameryka w pełni wykorzystała swą mocarstwową szansę, gdy tymczasem Rosja koncertowo ją zaprzepaściła. Żal potęgował fakt, iż sowieci powinni być wdzięczni amerykańskim kapitalistom. To wielkie koncerny z USA zbudowały w latach 30. radzieckie huty, stalownie, fabryki samochodów i traktorów (w których natychmiast zaczęto produkować broń).

Amerykańscy inżynierowie uczyli Rosjan jak projektować ogromne zakłady, a menadżerowie jak zarządzać robotnikami i produkcją na liniach montażowych. Bez nich oraz technologii zza oceanu Armia Czerwona nie posiadałby tak znakomitych czołgów, dział, samolotów. Kupowane za złoto, diamenty i dzieła sztuki amerykańskie zboże ratowało Rosjan przed głodem. Zaś dostawy uzbrojenia podczas II wojny światowej ocaliły przez klęską. Wszystkie te poniżające powody do wdzięczności natychmiast wymazywano z pamięci, natomiast kompleks rósł, bo z II wojny światowej USA wyszły jeszcze potężniejsze. Stając się strategicznym wrogiem ZSRR. Bo teraz to nie Londyn, lecz Waszyngton stał Kremlowi na drodze do zdominowania Europy i Azji.

Świadomość amerykańskiego bogactwa, którego nie potrafiły wypracować centralnie sterowane przemysł i rolnictwo Związku Radzieckiego, owocowała coraz bardziej desperackimi pomysłami. Pod koniec rządów Stalina w Akademii Nauk ZSRR powstał np. projekt, jak sprawić, aby kraj wreszcie uniezależnił się o importu żywości z USA. Zamierzano za pomocą zapór o długości ponad 150 km odwrócić bieg wpadających do Oceanu Lodowatego rzek Jenisjej i Ob. Tak, aby nawadniały azjatyckie stepy. Zmagający się z tym samym kompleksem Nikita Chruszczow intensyfikował rozbudowę kołchozów i uprawy kukurydzy. Pewien sukcesu, podczas rozmowy z jednym z amerykańskich dyplomatów pod koniec lat 50, oświadczył mu: „My was pochowamy”. Ale sowieckie realia były nieubłagane i statystycznie jeden człowiek pracujący w ZSRR na roli wytwarzał dwunastokrotnie mniej zboża i czternastokrotnie mniej mięsa od statystycznego farmera w USA. Różnice w wydajności pracy robotników w przemyśle przedstawiały się podobnie. Jako powody do dumy pozostawały więc głowice atomowe i wodorowe przenoszone przez międzykontynentalne rakiety oraz loty kosmiczne. Tym jednak zwykły mieszkaniec ZSRR nie miał szans się najeść. Dlatego w 1963 r. władze musiały wprowadzić kartki nawet na chleb. Acz trzeba przyznać, że duma z posiadanego imperium rekompensowała Rosjanom codzienne ubóstwo.

Jednak Amerykanie popsuli nawet to. Wojna ekonomiczna oraz wyścig zbrojeń narzucane w latach 80. przez prezydenta Reagana przyniosły rozpad Związku Radzieckiego. W tym momencie pozostał już tylko żal i rozważania miłośników historii alternatywnej, co by było, gdyby Alaska pozostała w rosyjskich rękach w XX w. Dając ZSRR możność posiadania na kontynencie amerykańskim potężnych baz ze zgrupowanymi w nich milionami żołnierzy, tysiącami czołgów i samolotów. Wspartymi przez ruchome wyrzutnie rakiet średniego zasięgu z głowicami jądrowymi. Jak wówczas kształtowałby się układ sił w świecie. Historia potoczyła się inaczej i posiadająca ogromny potencjał lądowy Rosja przegrała dwukrotnie konkurencję z mocarstwami, władającymi oceanami świat.

Jak trudno się z tym pogodzić najlepiej widać po dwóch dekadach rządów Władimira Putina. Konsekwentnie chwyta się on wszelkich możliwości, by choć trochę zaszkodzić Stanom Zjednoczonym. Nie bacząc na kolejne propozycje resetu płynące co jakiś czas z Waszyngtonu. Nawet mnogość zbieżnych interesów, jakie mają USA i Rosja, choćby w polityce wobec Chin i Bliskiego Wschodu, tego nie zamienia. Podobnie jak fakt, że uparte czynienie z Ameryki wroga, przynosi bolesne skutki przede wszystkim Rosji w postaci sankcji i ograniczania stref wpływów. Ważniejszy jest irracjonalny kompleks warunkujący autodestrukcyjną politykę Kremla. Ale dla Polski to nie jest zła wiadomość.