Najmocniej wskazuje na to skala szoku, który dotknął wyborców głosujących na opozycję, skupioną pod sztandarami Koalicji Europejskiej. Do dziś trwa szukanie i wskazywanie, kto jest temu winien, oprócz oczywiście Grzegorza Schetyny. Notabene mającego tego pecha, że stał się twarzą klęski, choć wcześniej od strony taktycznej zrobił absolutnie wszystko, by Platforma Obywatelska odniosła sukces. Wykończył "Nowoczesną", wszedł w układy z SLD, przekonał PSL do samobójczej dla ludowców koalicji, wchłonął lewicowy plankton. Tylko z "Wiosną" się nie do końca udało, bo jej polityczna agonia potrwa jednak do jesieni. Pomimo tych sukcesów Schetyny rezultat niedzielnego głosowania był jak zderzenie rozpędzonej hulajnogi z tirem. Na razie nie widać symptomów, by przegrani zaczęli podnosić się z asfaltu. Natomiast można dostrzec coś innego, za to niezmiernie interesującego. Liberalny wyborca gremialnie przestaje ufać swoim elitom.

Tak to się w Polsce już dawno temu porobiło, że oba dominujące dziś obozy polityczne posiadają własne elity. Poza politykami tworzą je: biznesmeni, dziennikarze, naukowcy, prawnicy, artyści, a ostatnio nawet celebryci oraz inne byty personalne znane głównie z tego, że mają pieniądze lub interesują się nimi media. Wspomniane grupy osób, orbitujących w różnych odległościach wokół siebie oraz kierownictw dwóch głównych partii. Tworząc właśnie elitę lub - jeśli ktoś woli nowocześniejszą nazwę - są one liderami opinii. Swymi działaniami i wypowiedziami kształtują bowiem poglądy tej części wyborców, która się interesuje sprawami publicznymi, a światopoglądowo utożsamia z konkretnym obozem. Przy okazji liderzy opinii, z racji zajmowanej pozycji społecznej, autorytetu, posiadanej władzy, zasobów finansowych, stanowisk, etc., sami kreują rzeczywistość. Przeważnie tak, aby przystawała do ich wyobrażeń i sympatii.

Od kiedy polską scenę polityczną zdominowały Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska, czyli dobre piętnaście lat temu, liberałowie zawsze mogli się pochwalić o wiele efektowniejszą elitą od pisowskiej. Generalnie była ona jak najnowszy model BMW ze wszystkimi bajerami przy skromnej Daci w wersji standard (być może nawet bez klimatyzacji). Ten technologiczny dystans przez ostatnią dekadę sukcesywnie malał, lecz i tak pozostawał na tyle duży, by wynik wyborów parlamentarnych w 2015 r. okazał się szokujący. Przy czym zaszokował on głównie liberalne elity, nie mogące pojąć, jak to możliwe, że Dacia wygrywa z BMW. Ten stupor nie minął im do dziś. Natomiast po ostatniej niedzieli ogarnia on coraz większe rzesze zwykłych wyborców obozu liberalnego. Choć ma nieco inny charakter. Patrzą bowiem oni na swe elity i głośno zaczynają pytać, czemu w naszym BMW nie działa nawet klimatyzacja, a o przemieszczaniu się do przodu można zapomnieć? Ów stupor zamienia się we wściekłość.

Trudno się temu dziwić, bo wyborca liberalny ma aż nadto powodów czuć się zmanipulowany, a wręcz oszukany przez własną elitę. Choć przecież z taką ofiarnością przez ostatnie cztery lata ją wspierał. Gotów demonstrować na ulicach miast, by bronić ją przez zakusami PiS, któremu marzy się, by elita była jedna, propaństwowa, prorządowa i w żadnym wypadku antypisowska. Tymczasem członkowie liberalnych elit do żadnych większych poświęceń w imię obrony głoszonych wartości nie okazywali się zdolni. Natomiast znakomicie wychodziły im farsy. Od bożonarodzeniowej okupacji Sejmu i eskapady w miłym towarzystwie ówczesnej nadziei liberałów na Maderę poczynając, na zeszłotygodniowej farsie sondażowej kończąc. Warto o niej wspomnieć, bo jest ona symboliczna. Oto kilka dni przed wyborami został triumfalnie ogłoszony rzekomo przełomowy sondaż Instytutu Badań Spraw Publicznych (IBSP). Po aferze, wywołanej przez film braci Sekielskich o pedofilii w Kościele, notowania PiS miały się załamać. Wedle IBSP spadły do zaledwie 32,9 proc., zaś na KE zamierzało zagłosować 43,6 proc. wyborców.

W tej farsie wszystko było szyte tak grubymi nićmi, że aż przypominała ona wybitne dzieło sztuki nowoczesnej. Zamówiły ją: czołowy tygodnik obozu liberalnego oraz radio, kupione od czeskiego biznesmena przez koncern Agora, byle tylko nie wpadło w łapy braci Karnowskich (czym przyprawiono o palpitacje serca giełdowych inwestorów, posiadających akcje firmy z ul. Czerskiej). Zaś dzieło wykonała pracownia założona przez pijarowców od lat współpracujących z PO. To, że sondaże coraz rzadziej pokazują rzeczywiste notowania stronnictw politycznych i nie służą opisywaniu nastrojów społeczny, lecz stały się narzędziem wpływania na postawy wyborców, nie jest żadną tajemnicą.

Proceder „ustawiania” przez pracownie badające opinię publiczną wyniku badań tak, by zamawiający był zadowolony, to dziś znakomity biznes. Mamy wręcz szansę wprowadzenia do międzynarodowego obiegu powiedzenia: "sprzedajny jak polski socjolog". W tym kontekście fakt, że elity liberalne sprawiały nieodparte wrażenie, iż szczerze wierzą sondażowemu dziełu IBSP i niespecjalnie przykładały się do końcówki kampanii wyborczej, bo zwycięstwo rzekomo było w kieszeni, wbija w stupor. Przeciętnemu wyborcy z obozu liberalnego może wręcz przyjść do głowy myśl, że pogłoski o wysokim wskaźniku IQ owych liderów opinii, to jakiś fake news, albo nawet jeszcze coś gorszego. Mianowicie, iż manipulują nim płatni agenci Kaczyńskiego. Takich smaczków, godnych niezapomnianego Cyrku Monty Pythona, było podczas minionej kampanii wyborczej mnóstwo.

Natomiast nie sposób wśród elit obozu liberalnego odnaleźć jakiejkolwiek wizji przyszłości, ani dla niego ani też dla Polski. To, sądząc po dyskusjach toczonych w mediach społecznościowych przez coraz bardziej rozwścieczonych wyborców, uwiera najmocniej. Tymczasem może być jeszcze gorzej, bo PiS zamierza najwyraźniej urządzić wybory parlamentarne najszybciej, jak to możliwe. Realizując starą ideę Radosława Sikorskiego "dorżnięcia watahy", nim ta otrząśnie się z szoku. Kolejna klęska znów zaboli, lecz jeszcze bardziej może zaszokować, jeśli nowy, pisowski rząd, przed końcem roku dogada się z nową Komisją Europejską i brukselskimi elitami. Co wcale nie jest takie nieprawdopodobne. Wobec ogromu problemów wewnętrznych i zewnętrznych UE mogą one okazać się skłonne do daleko idącego kompromisu, byle zamknąć choć jeden z frontów. Wystarczy, by Warszawa zrobiła parę miłych gestów, przestała szarżować i wykazała trochę euroentuzjazmu.

Po czymś takimi dysonans poznawczy, jakiego doświadczają w tym roku wyborcy obozu liberalnego w Polsce, gdy stare teorie zderzają się z nową rzeczywistością, może stać się trudny do opisania. Jednak każdy szok kiedyś mija. Na pewno nie spowoduje on zrealizowania się na jawie snów obozu pisowskiego. Niemal 40 proc. spośród osób chodzących w Polsce do wyborów, nie zacznie nagle przy porannej kawie słuchać Radia Maryja, wierzyć w propagandę serwowaną przez rządową telewizję, potępiać zmiany obyczajowe, jakie zaszły na Zachodzie w ostatnich dekadach. Nie odetnie się od TVN i na pewno też nie zagłosuje na PiS. Generalnie ludzie ci nie zmienią światopoglądu i nadal będą chcieli, żeby to - jak sobie wyobrażają Polskę, było brane pod uwagę przez polityków rządzących w III RP.

Z racji swych poglądów nie pójdą też za młodą lewicą, ani innymi, zbyt radykalnymi dla nich ugrupowaniami, choć te dorobiły się już nowego pokolenia liderów. W takim zakleszczeniu liberalnemu wyborcy w naturalny sposób pozostaje tylko jedno. Skoro stracił zaufanie do dotychczasowych elit, zacznie szukać nowych. Wypatrując takich osób, które są mu bliskie światopoglądowo, a jednocześnie nie skompromitowały się w ostatnich latach. Casting na nowych liderów już tuż tuż. Oby wygrywały jednostki wartościowe, rozumiejące zmieniającą się rzeczywistość, a nie hochsztaplerzy, bo jego wynik może kiedyś decydować o przyszłości Polski.