Pojawia się coraz więcej informacji, że były już wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak zarządzał czarnym PR mającym na celu zdyskredytowanie części środowiska sędziowskiego. Można się zżymać, że polityka to pomyje w krysztale, ale wiadomo – najgorszą zbrodnią jest dać się złapać.

To nie do pomyślenia, aby tak ważne osoby – jak wiceminister – osobiście robiły takie rzeczy. W dodatku z prywatnych e-kont. Od działań komunikacyjnych są specjalni pracownicy, którzy powinni dbać o odpowiednią narrację czy interpretowanie działań instytucji, ale nie powinni nikogo oczerniać. Warto tu wyjaśnić, że samo określenie „czarny PR” jest figurą retoryczną, która krzywdzi osoby zajmujące się prawdziwym PR. Jeśli ktoś oszukuje, szkaluje, kłamie, manipuluje – to robi te właśnie rzeczy, a nie uprawia jakąś odmianę PR. Nazywajmy rzeczy po imieniu. Przecież jak lekarze biorą łapówki, to nie mówimy na to „czarna medycyna”, tylko korupcja.

Kiedyś oszukiwanie, szkalowanie, kłamstwa i manipulacja były domeną służb i dyplomatów. Teraz dołączyli do nich fachowcy od, pozostańmy jednak przy tym określeniu, czarnego PR.

Od zawsze jest tak, że politycy – konkurując ze sobą o władzę – kopią pod sobą dołki, starają się pokazać w lepszym świetle niż przeciwnik. OK, to do przyjęcia. Stara amerykańska zasada marketingu politycznego mówi: opowiedz siebie i opowiedz przeciwnika. Naucz ludzi postrzegać świat w taki sposób, w jaki według ciebie powinni to robić. A więc bądź liderem opinii, niech inni podążają za tobą. A jeśli chodzi o czarny PR i sprawę z hejterką Emilią oraz jej znajomymi z resortu sprawiedliwości, to mógłbym podsumować tę aferę mało naukowym, ale obrazowym określeniem: wszyscy sikają do basenu, ale nikt z trampoliny. Tu ktoś wdrapał się na trampolinę.

Wdrapali się politycy. Ale jak mają się oprzeć nowym technologiom i ich możliwościom?