Magdalena Rigamonti: Nakłaniali pana na powrót do Kościoła?

Jan Komasa: Jako katolik, jeden z tych ponad 90 proc. polskich katolików, mam poczucie, że to, co jest między mną a Kościołem, jest jak związek. A jak się długo jest z kimś w związku, to zdarza się, że ta druga strona staje się kimś innym, zmienia się i trzeba się jej uczyć na nowo albo...

Zerwać?

Hm.

I pan zerwał?

Mam takie poczucie, że teraz jestem w momencie, kiedy wróciłem do zera, do rozmowy o tym, czy chcę być w Kościele. W takim Kościele. Przecież to jest moment, kiedy wszystko się odwróciło, kiedy księża z ambony otwarcie wspierają jedną opcję polityczną, wpuszczają na Jasną Górę nacjonalistów, nazywają część wiernych tęczową zarazą. To już kiedyś było, ale na marginesie Kościoła, teraz weszło do mainstreamu. To dla mnie głęboko wstydliwe, że szedłem w jakiejś określonej grupie ludzi.

Wstyd panu, że jest pan w Kościele?

Jest mi wstyd za ludzi Kościoła, którzy są u steru, za ich wypowiedzi i za to, że nie są kontrowani przez innych hierarchów.

Arcybiskup Ryś kontruje.

On jeden. Przestałem to śledzić, bo kiedy śledziłem, to się denerwowałem, przestraszyłem się nawet. Wolę zająć się scenariuszami. I robić filmy o tym albo o rzeczach pokrewnych. Tak jak mówiłem, z Kościołem jestem w zerowym punkcie. Musimy się razem zastanowić, co dalej. Bo to, że chcę być w związku, to wiadomo. Zresztą uważam, że jak się robi sztukę, to się wierzy.

W Boga?

W dialog. Jak się robi sztukę, to się wierzy, że istnieje pomost pomiędzy dwiema osobami. Dla mnie istnienie tego pomostu jest czymś ponadludzkim.

Czyli boskim.

Nazywane jest boskim. Czuję po prostu, że to nie jest sprawa przyziemna. Robienie filmów, opowiadanie historii, sklejanie, montowanie, pokazywanie w filmie Jaślisk, miejsca na Podkarpaciu...

To najbardziej konserwatywny region Polski.

W poprzednich wyborach 74 proc. ludzi głosowało tam na PiS. W tych - nie wiem, nie sprawdziłem. Ale wydaje mi się to czymś nieprzyziemnym, że ten malutki kawałeczek kuli ziemskiej będę pokazywał w Hollywood czy w Nowym Jorku. "Boże Ciało" jest sprzedane do 35 krajów świata, od Singapuru przez Rosję, Francję po Australię. Wszystko to wydarzyło się w miesiąc od premiery na festiwalu w Wenecji. To mi się nigdy nie zdarzyło, przy żadnym innym filmie. Ani przy "Sali samobójców", ani przy "Mieście 44". W piątek film wchodzi do kin w Wielkiej Brytanii. A tam 70 kopii, 70 ekranów. Bilety się wyprzedają. I wszyscy ci ludzie zobaczą Jaśliska.