Za ten stan rzeczy w dużej mierze odpowiadało nie tylko ograniczenie swobód obywateli, ich praw do własności prywatnej oraz walka z wolnym rynkiem, gdy tylko wychylał głowę z czarnorynkowego podziemia. Równie istotna okazywała się sama filozofia administrowania państwem. Jako, że było ono totalne, to prawdziwa władza znajdowała się na samym jego szczycie. Skoro zaś się tak działo, to ów "szczyt" musiał decydować o wszystkimi i za wszystkich.

Zdzisław Rurarz, gdy został doradcą Edwarda Gierka, zapamiętał symboliczną scenę. Pewnego dnia jesienią 1972 r. Rurarz przysłuchiwał się telefonicznej rozmowie najważniejszej osoby w PRL z I sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Poznaniu, Jerzym Zasadą. Ów złożył meldunek o zebraniu z pól plonów lepszych niż w poprzednich latach. To gratuluję, gratuluję! – krzyknął do słuchawki Gierek. A teraz siej, nie czekaj na nic, tylko siej! – wykrzyczał jeszcze głośniej. Tak jest, Towarzyszu Sekretarzu! Zaraz się za to biorę! – odkrzyknął Zasada.

Takich, bezsensownych meldunków każdego dnia Edward Gierek przyjmował dziesiątki, odpowiadając na nie wydawaniem oczywistych poleceń. Jednak bez tego rytuału państwo przestawało działać, zastygając w bezruchu, bo totalnie scentralizowany system władzy po prostu tak ma. Na niższych szczeblach nikt nie zamierza podejmować ryzyka samodzielnej decyzji bez akceptacji przełożonego. Z kolei przełożony prosił o akceptację wyżej i w końcu wszystko lądowało na biurku I Sekretarza KC.

Kolejną przyczyną, że realny socjalizm musiał toczyć heroiczne boje z trudnościami, jakie nie śniły się wcześniej największym filozofom, było totalne upartyjnienie całości aparatu państwa. W połowie gierkowskiej dekady, rodzące się z tego powodu patologie okazywały się nawet dla kierownictwa PZPR tak uciążliwe, że cenzura pozwoliła tygodnikowi „Polityka” zainicjować debatę pt. "fachowiec, ale bezpartyjny". Jej uczestnicy rozważali, czy nie można by powierzać niektórych, odpowiedzialnych stanowisk osobom nienależącym do PZPR. Szokując kontrrewolucyjną ideą czytelników.

Dziś gierkowski świat to mgliste wspomnienie, jednak stare obserwacje Kisiela odzyskują swą żywotność. Przy czym przytoczone powiedzonko ewoluuje w stronę spostrzeżenia, że w Polsce rządzonej przez PiS obóz władzy "ofiarnie zmaga się z nieznanymi nigdzie indziej trudnościami, jakie sam sobie prokuruje".

Znakomitym przykładem na prawdziwość tej tezy jest afera z nowym szefem NIK Marianem Banasiem. W sumie uznać ją można za prawdziwą wisienkę na torcie trudności, jakie Prawo i Sprawiedliwość samo sobie sprokurowało. Wszystkie one swe źródło mają w upartym dążeniu do zrekonstruowania gierkowskiej rzeczywistości. Jako, że żadnego ważniejszego stanowiska nie może objąć osoba spoza zasobu kadrowego partii rządzącej, najpierw zaczynają się dramatyczne poszukiwania kogokolwiek, kto choćby posiadał cień kompetencji, żeby na owym stanowisku zasiąść.

Kiedy taką osobę zaakceptuje prezes klamka zapada. Następnie wszelkie tajne i jawne służby państwowe stają na głowie, żeby nie dostrzec faktów mogących uniemożliwić nominację. Gdyby jakiś zauważyły, wówczas trzeba by wznowić poszukiwania. A co jeśli się prezes tym zirytuje? Jeszcze gorzej, kiedy się okaże, że już nikt inny z PiS-u nie nada się np. na szefa NIK-u. Przecież wyniesienie na ten urząd "bezpartyjnego fachowca", to złamanie wszelkich zasad. Wręcz koniec rekonstruowania gierkowszczyny! Jednym słowem, dramat nie do zaakceptowania.

W efekcie wiceministrem finansów, a potem prezesem Najwyższej Izby Kontroli zostaje osoba, która skromną pensyjkę urzędniczą uzupełniała sobie dochodami z wielu interesujących źródeł. Przy czym dom publiczny w Krakowie wcale nie wydaje się najciekawszym.

Heroiczny bój Prawa i Sprawiedliwości ze swoim Banasiem, wpisuje się w historię wielu poprzednich zmagań, stoczonych przez ostatnie cztery lata. Każde z nich powoli wyrasta na wieki epos. Choćby brawurowe rozprawianie się z własną nowelizacją ustawy o IPN, uwieńczone tajnymi rokowaniami z Izraelem. Czy widowiskowe ataki nowelizacjami zmuszającymi do odwrotu własną reformę sądownictwa. Niedługo szykuje się też ofensywa Prawa i Sprawiedliwości przeciwko przeforsowanemu przez posłów PiS prawu "antywaitrakowemu", bo Polsce grożą niedobory prądu. Najprostszym zaś sposobem, by temu zaradzić są łatwe i szybkie w budowie elektrownie wiatrowe.

Mniej lub bardziej dramatycznych bojów ze swoimi pomysłami oraz wypromowanymi przez siebie indywiduami partia rządząca toczy już całkiem sporo. Ale choć wszystkie one zaczynają się kumulować i tak nie wykazuje skłonności do autorefleksji. Akurat to jest najbardziej zrozumiałe, bo w systemach scentralizowanych od refleksji jest prezes, natomiast reszta ma wykonywać polecenia i zadania.

Gdyby jednak puścić wodze fantazji i wyobrazić sobie takową autorefleksję, to należałoby zacząć od prostego rachunku. Niewątpliwie największym sukcesem czterech lat rządów PiS jest zorganizowanie gigantycznego transferu socjalnego, który trafił do kieszeni obywateli, przy jednoczesnym utrzymaniu równowagi budżetowej. W efekcie partii przybyło, w porównaniu z 2015 r. aż 2,3 mln wyborców. Jednak ten kij ma dwa końce. Oprócz reform socjalnych partia rządząca zajęła się też naprawianiem państwa za pomocą "gierkizmu i banasiowania", czyli centralizowania, upartyjniania (choć wcześniej wydawało się, że już bardziej się nie da), zawłaszczania, łamania zwyczajów, naginania prawa, z konstytucją na czele.

W efekcie partiom zaliczanym do "totalnej opozycji" (jak mawiają dziś rządzący) lub "opozycji demokratycznej" (jak mawia dziś opozycja) przybyło 1,6 mln nowych wyborców. Po zmiksowaniu tego za pomocą obowiązującej w Polsce ordynacji wyborczej wyszedł Sejm i Senat, w którym pozycja Prawa i Sprawiedliwości jest słabsza niż przed wyborami. Na dokładkę wcale nie ma gwarancji, że za kilka miesięcy Polacy wybiorą Andrzeja Dudę na drugą kadencję.

Patrząc z tej perspektywy trudno uciec od skojarzenia z głośnym w przedwojennej Warszawie pogrzebem reżysera Kazimierza Dunin-Markiewicza. Podczas uroczystości kapłan długo i kwieciście chwalił zalety oraz osiągnięcia zmarłego, by na koniec, po twardej walce z własną pamięcią, zacząć uroczyście błogosławić trumnę … Munin-Darkiewicza. W martwej ciszy, jaka zapadła żartowniś i filozof Franciszek Fiszer scenicznym szeptem jęknął: "Ależ się sypnął. No i cały pogrzeb na nic". Gdy trumnę spuszczano do grobu tłum żałobników starał się zdusić zarażający wszystkich chichot.

Łatwo być mądrym po fakcie, ale dziś już jak na dłoni widać, że filozofia państwa opartego na centralizacji i partyjniactwie, połączona z niezdolnością do szukania kompromisów odebrała Prawu i Sprawiedliwości szansę na zdobycie w nowym parlamencie większości, umożliwiającej zmianę konstytucji. Czyli realizację największego z marzeń Jarosława Kaczyńskiego. Ponieważ tylko to dawałoby rzeczywistą możność przebudowy ustroju oraz całego państwa. Transfer socjalny, zupełnie jak pogrzeb Dunin-Markiewicza, poszedł na marne. Zwłaszcza, że Polska jak była państwem teoretycznym, tak nadal jest. Choć jeśli idzie o kontrolowanie burdelu panującego w rozlicznych instytucjach to, co jak co, ale nowy prezes NIK powinien sobie poradzić.