Należy kraść nie miliony dolarów, lecz miliardy. Dopiero wówczas można czuć się całkowicie bezpiecznym. Tę prawdę najwyraźniej dobrze znali twórcy polskiej reformy emerytalnej oraz premierzy i ministrowie finansów, którzy ją reformowali przez ostatnie dwie dekady.

Oczywiście bywają wyjątki, ale wbrew pozorom potwierdzają powyższą regułę. Taki Bernie Madoff w oparciu o swój fundusz inwestycyjny Bernard Madoff Investments Securities LLC. zbudował gigantyczną piramidę finansową. Gwarantowała ona inwestorom nawet 10 proc. zysku od powierzonych pieniędzy, gdy stopy procentowe w amerykańskich bankach oscylowały w okolicach zera.

Do funduszu płynęły więc miliardy dolarów, dzięki czemu był on wypłacalny (prawie jak polski ZUS). Ale w 2008 r. przyszedł wielki krach i piramida się rozsypała. Wówczas w powietrzu rozpłynęło się ok. 65 miliardów dolarów, jakie zebrała Bernard Madoff Investments Securities. Poza tym okazało się, że sporą część tej kwoty twórca piramidy wydał na swe codzienne potrzeby, bo lubił cieszyć się życiem.

Po głośnym procesie Madoff dostawa wyrok 150 lat więzienia. Jednak był on sam sobie winien, wykazując skrajną głupotą. Jego firmie ogromne sumy powierzali czołowi biznesmeni, politycy, gwiazdy show-biznesu, a także wpływowe fundacje i wyższe uczelnie. Jednym słowem oszust działał niczym Janosik, z tą różnicą, że to co ukradł najbogatszym, oddawał głównie sobie. Tymczasem jak świat światem ten, kto zadziera z rządzącą elitą zawsze bardzo źle kończy.

Dlatego reguła mówiącą, że trzeba kraść miliardy musi zawierać przypis, iż owe sumy należy podprowadzać jedynie zwykłym podatnikom lub ewentualnie działającym w ich imieniu rządom. Na pewno mógłby to potwierdzić założycie Funduszu "Quantum" George Soros. W roku 1992 r. skrzyknął grupę inwestorów, by wykorzystać coraz bardziej widoczną słabość Wielkiej Brytanii.

Zjednoczone Królestwo musiało pozostawać w unijnym mechanizmie walutowym ERM (kursy wszystkich walut krajów UE, przed wprowadzeniem euro, korygował ERM, tak aby nie odbiegały zbytnio od siebie). Tymczasem inflacja na Wyspach trzykrotnie przewyższała tę w Niemczech. Bank Anglii musiał więc utrzymywać stopy procentowe na wysokim poziomie, przez co nie mógł ich radykalnie podnosić, ponieważ to oznaczałoby bankructwo tysięcy brytyjskich firm.

"Quantum" kierowane przez Sorosa kupując i sprzedając na zmianę niemieckie marki oraz funty doprowadziło do załamania kursu brytyjskiej waluty, zmuszając Bank Anglii do wydania w jego obronie 14 mld dolarów. Mimo to wygrali spekulanci. Wówczas Bank Anglii w ciągu jednego dnia dwukrotnie podnosił stopy procentowe, które wzrosły z 10 na 15 proc. Gdy i to nie zadziałało Wielka Brytania opuściła mechanizm ERM i nigdy nie weszła do strefy euro. Wedle ostrożnych szacunków George Soros zgarnął wówczas na czysto 2 mld dolarów. Straty, jakie ponieśli brytyjscy podatnicy z powodu załamania się kursu ich waluty i podniesienia stóp procentowych, wycenia się na co najmniej kilkadziesiąt miliardów. Czyli mniej więcej tyle samo, co utopił Bernie Madoff. Jednak on spędzi resztę życia w więzieniu, zaś Soros jest szanowanym filantropem, twórcą licznych fundacji oraz obrońcą państwa otwartego.

W tym miejscu należy postawić drugi przypis, równie ważny, jak ten odradzający okradanie bogatych i wpływowych. Mówi on, iż gdy robi się przewał na miliardy kosztem zwykłych zjadaczy chleba należy zawsze i wszędzie głosić, że to jest dla nich korzystne. Żegnają się oni ze swoimi pieniędzmi, bo tak lepiej dla nich, służy to wspólnemu dobru oraz budowaniu świetlanej przyszłości. Należy prowadzić narrację dokładnie odwzorowując, jak czyniono to dwadzieścia lat temu, rozpoczynając w Polsce reformę emerytalną.

Już na samym początku wiadomy było, że system oparty na księgowaniu wpływów ze składek do ZUS oraz wpłacaniu realnych sum do tzw. II filaru musi przynieść w przyszłości radykalne obniżenie emerytur. Każdy dłuższy pobyt na bezrobociu, niska pensja, praca na umowie śmieciowej, czy wypadnięcie poza system ubezpieczeń oznaczały ubytek wpłaconych składek nie do odrobienia. No, ale dzięki temu Polska rosła w siłę, bo w dalszej perspektywie rząd mógł mieć nadzieję, iż z czasem wysokość dotacji przekazywany z budżetu państwa do ZUS będzie maleć.

Obywateli uspokojono zaś opowieściami o III filarze. Za to, co tam wpłacali, mieli po sześćdziesiątce fundować sobie wycieczki na Jamajkę albo Bahama, by wreszcie wygrzać w słońcu. Dokładnie to obiecywały reklamy puszczane wówczas na okrągło przez wszystkie stacje telewizyjne i radiowe. O tym, że aby płacić miesięczną składkę w wysokości kilkuset złotych każdy musi całkiem godziwie zarabiać, nie wspominano. Tymczasem ówczesne dochody 95 proc. Polaków jasno pokazywały, że na III filar ich po prostu nie stać. No, ale po co stresować obywateli tak pesymistycznymi spostrzeżeniami?

Zresztą za pieniądze ze składek emerytalnych faktycznie całkiem sporo osób mogło fundować sobie wakacje w ciepłych krajach. Konkretnie chodziło o wszystkich szczęśliwców pracujących dla funduszy inwestycyjnych (głównie zachodnich), które zarobiły krocie dzięki OFE. W majestacie prawa mogły one podbierać od każdej wpłaconej składki do Otwartych Funduszy Emerytalnych 7 proc., na poczet swej ciężkiej pracy przy zarządzaniu przyszłymi emeryturami Polaków. Skoro mogły - to brały. Dopiero po dziesięciu latach zaczęto zauważać, iż jest to rozbój w biały dzień i obniżono prowizję do 3,5 proc. Fundusze podniosły wrzask, że umrą z głodu, ale nie umarły.

Możliwe, iż dzięki innemu trikowi. Polegał on na tym, że owa część składki emerytalnej, przenoszonej do II filaru, powodowała niedobory w kasie ZUS. Aby Zakład Ubezpieczeń Społecznych mógł wypłacać bieżące emerytur minister finansów musiał stale dotować go pieniędzmi z budżetu państwa. Zdobywano je, zaciągając po prostu nowe pożyczki. Pożyczano, sprzedając obligacje skarbu państwa m.in. funduszom inwestycyjnym prowadzący w Polsce OFE.

Gdyby tej opowieści słuchał Bernie Madoff zapewne zacząłby tłuc głową w ścianę celi rozpaczając nad własną głupotą, że nie inwestował w Polsce. Wówczas jego fundusz kroiłby polskich pracowników na 7 proc. prowizji, którą wraz z przejętą od nich składką mógłby pożyczyć polskiemu rządowi. Ten oddawałby z procentem i znów się zapożyczał. Genialne perpetuum mobile wypluwające krociowe zyski wszystkim, tylko nie przyszłym emerytom.

Działałoby ono dalej, gdyby nie to, że w 2008 r. nadszedł krach i w budżecie III RP zaczęło dramatycznie brakować środków. Wówczas Donald Tusk i jego minister finansów Jacek Rostowski zauważyli, iż w OFE zgromadzono całą górę realnej kasy. Na wyciągnięcie ręki znajdowało się 300 mld zł. Wystarczyło tylko przeprowadzić korektę reformy emerytalnej, polegającą na przejęciu połowy sumy przez ZUS i zmniejszeniu wysokości składki do II filaru. W imię dobra przyszłych emerytów zabrano im połowę zaoszczędzonych środków, a następnie wydano, bo był kryzys. Na pociechę pozostawiając zamiast forsy zapisy księgowe w ZUS. Obiecują one, że w przyszłości państwo wypłaci zagarnięte kwoty, zabierając je następnemu pokoleniu.

Po tym jak rząd Tuska powiedział "a", w tym tygodniu rząd Morawieckiego dodał "b" i sięgnął po pozostałe 160 mld zł. Dzięki tej reformie w przyszłorocznym budżecie państwa nie będzie deficytu. Czym rządzący chwalą się na potęgę.

Co do przyszłych emerytów, których składki fundowały wczasy na Hawajach szefom zachodnich funduszy inwestycyjnych, ratowały skórę Donalda Tuska i uczyniły z Mateusza Morawieckiego budżetowego cudotwórcę, to trudno im powiedzieć coś na pociechę. Skoro nie potraficie kraść miliardów, no to lepiej zaczynajcie trenować przeżycie miesiąca za dziewięćset złotych.