Jak pan ocenia swoje szanse w wyborach na przewodniczącego PO?

Reklama

Tomasz Siemoniak: Zacząłem kampanię późno, ale każdy dzień w moim odczuciu zwiększa moje szanse. Ludzie mnie znają, wiedzą że jestem w Platformie Obywatelskiej od pierwszego dnia. Pamiętają moją pracę w rządzie. Wymagała ona, w każdej z ról, bardzo aktywnych kontaktów w terenie. Przekonuję się, że ludzie myślą odpowiedzialnie o przyszłości Platformy. Nie tylko w kategoriach emocji związanych z oceną wyniku wyborów parlamentarnych, ale zastanawiają się, kto ma największą zdolność łączenia, kto chce budować silną Platformę, kto w naturalny sposób jest kandydatem PO na premiera w przyszłości.

Gdy ta dyskusja opiera się o takie kryteria, uważam, że moje szanse rosną. Bardzo dobrze jest przyjmowany mój projekt wzmocnienia Platformy w terenie, stworzenia biur w każdym powiecie. Takich biur, które będą ośrodkami społecznymi, przyciągającymi ludzi, chcących coś zrobić. Ważne będzie też to, że te biura zostaną dofinansowane z dotacji centralnej.

Pan jest postrzegany jako kandydat kontynuacji, a nieprzypadkowo Grzegorz Schetyna nie kandyduje, bo uznał najwyraźniej, że ma małe szanse. Nie obawia się pan, że to negatywne odium spadnie też na pana, tym bardziej że sam Schetyna pana namaścił?

Jestem o to pytany, ale przecież mój główny kontrkandydat Borys Budka też przez te wszystkie lata był wiceprzewodniczącym Platformy, tak samo współpracował z Grzegorzem Schetyną jak ja. Jestem przekonany, że wewnątrz Platformy Obywatelskiej potrzeba kontynuowania tego, co dobre i zmiany tego co złe. Przecież nikt nie zakwestionował takich elementów dorobku Grzegorza Schetyny jak kluby obywatelskie, wyjazdy klubu parlamentarnego w teren. To trzeba kontynuować. Ale też mówię, że potrzeba nowych ludzi, nowego sekretarza generalnego, nowego składu władz.

W mediach pojawiły się informacje, że pana zwolennicy prowadzą nieczystą kampanię w sieci, że pojawiają się fejkowe konta, "boty", które popierają pana, a atakują pana głównego rywala Borysa Budkę.

Nie mam z tym nic wspólnego, ani nikt z moich współpracowników. To jest raczej uderzenie w Platformę z boku, bo to jest tak idiotyczne, że nikt poważnie tego nie może brać pod uwagę za realne działanie. Jeśli komuś ma to zaszkodzić, to mnie i Platformie, a nie tym, co są rzekomo atakowani.

Będzie pan namawiał innych kandydatów do rezygnacji i poparcia właśnie pana?

Nie.

Może ma pan dla niektórych jakąś propozycję - wejścia do zarządu, objęcia stanowiska wiceprzewodniczącego?

Widzę możliwość współpracy ze wszystkimi kandydatami, wszystkich cenię i mówię o nich dobrze.

Weźmie pan udział w sobotniej debacie kandydatów?

Tak.