Panie doktorze, jakie znaczenie ma data 17 stycznia 1945 roku dla historii Warszawy?

Reklama

Andrzej Zawistowski: Kilka dni wcześniej ruszyła sowiecka ofensywa, a 17 stycznia 1945 roku lewobrzeżna Warszawa została zajęta przez pierwszą Armię Wojska Polskiego i Armię Czerwoną.

Zajęta? Nie – wyzwolona?

W styczniu 1945 roku, wbrew mitologii utrwalanej przez lata, Niemcy wycofali się z Warszawy, stawiając niewielki opór. Po kilku godzinach od przeprawy przez Wisłę wojsk Armii Czerwonej i podporządkowanej jej 1 Armii Wojska Polskiego - dowództwo niemieckie, w obawie przed okrążeniem, dało rozkaz do odwrotu z tej części polskiej stolicy, która do tej pory wciąż znajdowała się pod kontrolą Niemiec. Wycofano się z hektarów zgliszcz, wyludnionych i zaminowanych ruin.

W zeszłym roku został odtajniony raport marszałka Georgija Żukowa dla Państwowego Komitetu Obrony ZSRS, na którego czele stał Józef Stalin. W dokumencie Żukowa, datowanym 29 stycznia 1945 roku, czytamy: "Faszystowscy barbarzyńscy zniszczyli stolicę Polski - Warszawę; z okrucieństwem wyrafinowanych sadystów hitlerowcy zniszczyli kwartał za kwartałem (...) Największe zakłady przemysłowe zostały starte z powierzchni ziemi. Domy mieszkalne zostały wysadzone w powietrze, gospodarka miejska jest zrujnowana. Dziesiątki tysięcy mieszkańców zabito, pozostali zostali wypędzeni. Miasto jest martwe".

Zgadza się. Na gruzach, pomiędzy masowymi grobami powstańców i cywilów, koczowało kilkuset – może nieco ponad tysiąc - zagłodzonych "robinsonów". Byli to ludzie, którzy po upadku Powstania Warszawskiego nie wypełnili niemieckiego rozkazu i nie wyszli z miasta. Wśród nich byli też Żydzi, którzy nie mogli opuścić miasta. Woleli koczować w ruinach niż oddać się w niemieckie ręce, co prowadziło wprost do śmierci. Wystarczy przypomnieć w tym kontekście znaną znakomicie postać Władysława Szpilmana. To byli ostatni mieszkańcy lewobrzeżnej Warszawy. Realnie, Armia Czerwona tylko ich oswobodziła spod niemieckiej okupacji.

Oswobodziła? A może jednak: wyzwoliła?

Proponuję zajrzeć do Słownika Języka Polskiego, który definiuje słowo "wyzwolenie" jako "odzyskanie niepodległości". Krótko, jednoznacznie. Czy 17 stycznia 1945 roku Warszawa – stolica Rzeczpospolitej Polskiej - odzyskała niepodległość? Nie. Na gruncie formalnoprawnym z pewnością nie doszło do wyzwolenia stolicy Polski. 17 stycznia jedynie zmienił się okupant oraz diametralnie zmieniły się warunki okupacji na lewym brzegu Wisły – bo prawobrzeżna Warszawa była w rękach Sowietów od 15 września 1944 roku.

W styczniu 1945 roku polskim rządem był Rząd Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie w Londynie. To były władze tego państwa, które zostało zaatakowane 1 i 17 września 1939 roku. To ten rząd był sygnatariuszem opartej na Karcie Atlantyckiej Deklaracji Narodów Zjednoczonych – podstawowego dokumentu całej antyniemieckiej koalicji. Deklaracja ta została podpisana przez przedstawiciela Polski na równi z USA, Wielką Brytanią, ZSRS i innymi państwami. To ten rząd był uznawany przez sygnatariuszy tego aktu za pełnoprawne polskie przedstawicielstwo. To z tym rządem utrzymywano stosunki dyplomatyczne. A czy to ten rząd objął władzę w stolicy Rzeczpospolitej Polskiej 17 stycznia 1945 roku? Gdyby tak było, to rzeczywiście stolica Polski zostałaby wyzwolona.

Deklaracja Narodów Zjednoczonych? Realne znaczenie miała chyba – sądząc po efektach - konferencja w Teheranie, gdzie w końcu 1943 roku USA i Wielka Brytania oddały w dyskrecji Polskę do strefy wpływów Stalina, i to ze wschodnią granicą na linii Curzona – tzn. uznały sowiecką aneksję z 17 września 1939 roku.

A jednak warto pamiętać o tej Deklaracji. Nawiązywała ona wprost do haseł sformułowanych w Karcie Atlantyckiej z 1941 roku. A ta m.in. głosiła, że bez zgody zainteresowanych narodów nie będzie na ich terytoriach ustalana forma ustroju, że sygnatariusze nie będą prowadzili podbojów i aneksji. Jeżeli tak wygląda wyzwolenie, to na ziemiach polskich wydarzenia lat 1944-1945 do tego zupełnie nie pasują. Polska utraciła niemal połowę swojego terytorium i narzucono jej ustrój polityczny – stało się to na bagnetach Armii Czerwonej.

Jednak Rosja uporczywie obstaje przy sowieckiej wersji wydarzeń.

Problem jest szerszy. Rosja, która jest prawnym następcą ZSRS, nie buduje współcześnie własnej wizji historii, ale posługuje się wizją historyczną autorstwa Stalina, aby osiągnąć współczesne cele geopolityczne. "Wyzwolenie Warszawy" to jedno z tych określeń, słów-wytrychów, które ma sens jedynie przy akceptacji imperialnej polityki Stalina. I to nie jest jedyny przypadek, kiedy można postawić znak równości między narracją sowiecką i rosyjską.

Inny przykład?

Reklama

Rosja, tak samo jak Związek Sowiecki, zamiast mówić o II wojnie, częściej mówi o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Która, co łatwo umyka zwłaszcza na Zachodzie, rozpoczęła się w czerwcu 1941 roku, po inwazji Hitlera na ZSRS - a właściwie najpierw na ziemie polskie, okupowane przez Sowietów wskutek paktu Ribbentrop-Mołotow. Co więcej – uroczyste obchody 9 maja na Placu Czerwonym w Moskwie są świętem zakończenia właśnie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej a nie II wojny światowej! To precyzują oficjalne dokumenty rosyjskie bez problemu dostępne na stronach internetowych. Rosja świętuje wówczas zakończenie swojej własnej wojny. Zupełnie bezkrytycznie, a może nieświadomie, biorą udział w tych obchodach przedstawiciele wielu państw. Ten zabieg powoduje częściowy zanik pamięci dwóch pierwszych lat drugiej wojny światowej w świadomości odbiorców oraz zaciera pakt Ribbentrop-Mołotow i okres współpracy Stalina z Hitlerem.

Jak ta współpraca wyglądała?

ZSRS i Niemcy podpisały pierwsze umowy handlowe już dwa tygodnie przed sygnowaniem paktu Ribbentrop-Mołotow. To zapomniany element, że kwestie gospodarcze położyły podwaliny pod współpracę polityczną i militarną. W lutym 1940 roku umowy przedłużono: ZSRS został ważnym zaopatrzeniowcem swego sojusznika – faszystowskich Niemiec - w surowce dla fabryk zbrojeniowych. Warto zauważyć, że gdy Niemcy zajmowały kraje Europy Zachodniej, gdy próbowały zdobyć Wielką Brytanię i toczyła się Bitwa o Anglię, to dokładnie w tym czasie pociągi Stalina zawoziły Niemcom podstawowe surowce przemysłowe, niezbędne do prowadzenia wojny: ropę, mangan, miedź, platynę, nikiel oraz żywność… Tego typu przykładów historii równoległych jest więcej. Bardzo często umyka, że duża część zbrodni niemieckich miała miejsce w tym samym czasie, gdy trwała zgodna współpraca Hitlera i Stalina. Gdy w listopadzie 1940 r. Mołotow w Berlinie konferował z Hitlerem, obóz w Auschwitz funkcjonował już od kilku miesięcy - pierwszy masowy transport dotarł tam 14 czerwca 1940 roku. Dokładnie w tych jesiennych dniach w Warszawie Niemcy zamknęli bramy do getta, gdzie wówczas uwięziono prawie 400 tys. ludzi. Oczywiście nie można wskazywać ZSRS jako współwinnego tworzenia gett czy tych obozów koncentracyjnych. Trzeba jedynie pamiętać, że zbrodnie niemieckie w czasie II wojny światowej miały miejsce także przed czerwcem 1941 roku i to na ziemiach zajętych przez Niemców dzięki sojuszowi ze Stalinem. Natomiast bezwzględnie trzeba zauważyć, że wspólne cele III Rzeszy i ZSRS były realizowane zgodnie. Mam na myśli np. wyniszczenie polskiej inteligencji. Gdy NKWD zabijało Polaków w Katyniu i innych miejscach, dokładnie w tym samym czasie inni Polacy mordowani byli przez Niemców m.in. w Palmirach czy Piaśnicy.

Ale, wracając do 17 stycznia 1945 roku: jaki jest sens narracji o wyzwoleniu, którego nie było?

Niejeden. Warto jednak podkreślić, że zastosowanie tej daty wzbudza przekonanie, iż sowieckie oraz kontrolowane przez Armię Czerwoną polskie wojska dotarły nad Wisłę dopiero wtedy tj. długo po tragedii Powstania - gdy już nikt niczego nie mógł zrobić dla powstańców i cywili. W ten sposób znika okres pięciu miesięcy pomiędzy wrześniem 1944 a styczniem 1945 roku. Zwłaszcza ten początkowy okres, gdy Stalin nie zgodził się nawet użyczyć lotnisk aliantom, w celu dokonania zrzutów dla Powstania, a Armia Czerwona stała w odległości trzech przystanków tramwajowych od barykady w Śródmieściu, którą niedawno w Warszawie opisywał prezydent Donald Trump w swym przemówieniu.

Przywołajmy słowa Trumpa: "W straceńczej walce z uciskiem zginęło ponad 150 tys. Polaków. Po drugiej stronie Wisły wojska radzieckie zatrzymały się – i czekały. Przyglądali się, jak naziści brutalnie zrównują miasto z ziemią, mordując okrutnie mężczyzn, kobiety i dzieci".

Konkretnie: Armia Czerwona zatrzymała się na linii Wisły 15 września 1944 r. Dwa tygodnie wcześniej, 29 sierpnia Józef Szczepański "Ziutek" napisał wiersz "Czekamy na ciebie, czerwona zarazo, byś wybawiła nas od czarnej śmierci", który dokumentował nastroje – na lewym brzegu Wisły. Oni naprawdę – mimo wszystko - czekali. Ale oczekiwana interwencja wojsk ZSRS nie nastąpiła. Powstanie dogorywało do 2 października: Niemcy wypędzili kilkaset tysięcy warszawiaków; duża ich grupa trafiła do obozów koncentracyjnych - nie wszyscy dożyli końca II wojny.

Do stycznia 1945 r. Niemcy metodycznie, dom po domu, plantowali stolicę: Pałac Saski i Dworzec Główny zostały wysadzone na finał operacji – na przełomie grudnia 1944 i stycznia 1945. Jeszcze na trzy dni przed 17 stycznia 1945 roku, Niemcy szabrowali, rabowali i wywozili mienie warszawiaków. Tymczasem przez cały ten okres na Pradze – przecież integralnej części Warszawy - formalnie władzę sprawowali Polacy, Polacy formalnie mieli swoją armię. Warszawa, rzekomo wyzwolona dopiero 17 stycznia 1945 roku, już od 18 września 1944 roku miała swojego Prezydenta – Mariana Spychalskiego, od 15 października – miała gazetę "Życie Warszawy", a w listopadzie 1944 roku ruszyło VI Miejskie Żeńskie Gimnazjum i Liceum im. Powstańców Warszawy. To wszystko działo się na terenie miasta Warszawy!

Dlaczego Rosja podtrzymuje tę narrację, zamiast odciąć się od zbrodni, fatalnego zarządzania, błędów i wypaczeń, pielęgnuje dobre imię Stalina, wchodzi w buty po ZSRS, i tak dalej?

To raczej pytanie do politologa niż do historyka. Zwrócę jednak uwagę, że utrwalana przez dziesięciolecia historia Wielkiej Wojny Ojczyźnianej jest w zasadzie jedynym wydarzeniem historycznym tej rangi, które może być zwornikiem pamięci historycznej znacznej większości mieszkańców dawnych sowieckich republik. Jeżeli Rosja chce odwołać się do wspólnej przeszłości – nie ma innego narzędzia. Każdego 9 maja zachodnie - w tym polskie - media skupiają się przede wszystkim na wojskowej paradzie na Placu Czerwonym. W rzeczywistości ważniejsze wydarzenie ma miejsce kilka godzin po tej defiladzie. W setkach miast oraz miasteczek na całym globie odbywa przemarsz "Nieśmiertelnego Pułku".

Co to jest "Nieśmiertelny Pułk"?

Pochód zwyczajnych ludzi z portretami swoich krewnych, którzy jako żołnierze Armii Czerwonej walczyli w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Geopolityczne cele i metody działania Stalina w tym kontekście nikogo nie interesują – wszyscy pokazują bohaterów, którzy są im bliscy. "Bezsmiertnyj Połk" to nadbudowa nad historią rodzin, skierowana do dawnych narodów ZSRS. Wiadomo o obchodach m. in. w Niemczech, USA, Izraelu, Austrii, Irlandii, Norwegii, Estonii, Azerbejdżanie, Ukrainie, Białorusi, Kazachstanie, Kirgistanie i Mongolii. Obecnie Rosja wychodzi jeszcze szerzej z tą narracją historyczną, która wymaga konserwowania stalinowskich pojęć, także takich jak "wyzwolenie Warszawy", w języku naukowym i potocznym. A na czele marszu w Moskwie idzie Władimir Putin. Ten sam Władimir Władimirowicz, który w orędziu noworocznym wygłoszonym w Dumie Państwowej w 2005 roku powiedział że "rozpad Związku Radzieckiego był największą katastrofą geopolityczną XX wieku".

Andrzej Zawistowski – historyk, nauczyciel akademicki, jego specjalność to dzieje gospodarcze i społeczne Polski w XX w. Doktor ekonomii, doktor habilitowany historii, profesor Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Dyrektor Biura Edukacji Publicznej IPN (2012-2016) i kierownik Działu Historycznego Muzeum Powstania Warszawskiego (2017-2020)