Reklama

Tworzenie instytucji fasadowych wydaje się nie nieść za sobą żadnego ryzyka. Skoro ich władza jest iluzoryczna to teoretycznie nie powinny dysponować możliwościami wywierania większego wpływu na rzeczywistość. Parlament Europejski, jeśli spojrzeć na jego uprawnienia, jest wręcz modelowym przykładem instytucji fasadowej. Od czasów pierwszych bezpośrednich wyborów europosłów w 1979 r. przez następne dwie dekady był niszowym forum dyskusyjnym. Zasiadający w nim polityczni emeryci lub osoby nie potrafiące się przebić w polityce krajowej, otrzymywały możność toczenia miłych debat lub równie miłych awantur, które nikogo nie obchodziły. Przyszłość europejskiej wspólnoty wykuwali prawdziwi politycy w Paryżu, Berlinie i Brukseli. Jednak wedle wizji nakreślonej przez ojców założycieli Unii - Jeanna Monneta i Roberta Schumana - powinna ona w swej dojrzałej formie posiadać nie tylko wspólny: rząd i armię, ale też parlament z prawdziwego zdarzenia. Tyle tylko że takiemu scedowaniu władzy miało towarzyszyć naturalne zanikanie państw narodowych, a przede wszystkim samych narodów. My nie tworzymy koalicji państw, my jednoczymy ludzi – lubił mawiać Jean Monnet.

Wbrew teoriom wybitnego wizjonera trudno dostrzec, by taki proces na Starym Kontynencie postępował. Patrząc na ambicje choćby: Katalończyków, czy Szkotów, wyraźnie widać, iż nawet małe narody bez własnych państw nie zamierzają zatracić swej tożsamości. Również państwa (zwłaszcza największe) nie chcą wyrzekać się dbałości o własne interesy. Nawet, gdy są one sprzeczne z wzniosłą ideą wspólnej Europy (patrz gazociągi Nord Stream).

Efektem zderzenia wizji Monneta z prozaiczną rzeczywistością stał się Parlament Europejski. Jedyna instytucja w unijnych strukturach o której składzie osobowym, a także jakie nurty polityczne i ideowe w niej dominują - decydują zwykli obywatele. Cała reszta jest wypadkową kompromisów ucieranych przez rządy państw członkowskich. Jak ostatecznie taki kompromis wygląda nie decydują wyborcy, lecz politycy z krajów znaczących najwięcej i zdolnych przy tym zgrupować wokół siebie największe grono mniejszych koalicjantów. Nie zamierzając zmieniać tej reguły, w zawartych na początku XXI w. traktatach w Nicei i Lizbonie, zmodyfikowano jednak nieco rolę europarlamentu. Mieszkańcy Unii otrzymali wówczas instytucję, którą staropolskie przysłowie określiłoby mianem „ni pies ni wydra”.

Jeśli idzie o elekcję posłów oraz uczestnictwo stronnictw w wyborach to dochowywane są wszelkie standardy klasycznej demokracji. Kończą się one dzień po policzeniu głosów wyborców. Europarlement, żeby przyjąć jakąś ustawę, musi najpierw zwrócić się z wnioskiem do Komisji Europejskiej, by sama takową zaproponowała. Urzędnicy w Brukseli ten postulat mogą odrzucić lub zwyczajnie ignorować przez długi czas, co jest nawet wygodniejsze, bo nie rodzi konieczności przedstawienia pisemnego uzasadnienia decyzji. Przy czym traktaty nie określają, jak takie uzasadnienie powinno wyglądać i KE może je zawrzeć w jednym zdaniu - brzmiącym: „nie bo nie”. Dla zachowania pozorów demokracji wyposażono europarlament w prawo uchwalenia wotum nieufności wobec Komisji. Jednak, żeby przeszło musi wziąć udział w głosowaniu ponad połowa deputowanych, z których dwie trzecie poprze wniosek. Taka sztuka do tej pory nigdy się nie udała.

Europosłowie są też całkowicie bezsilni wobec aktów wykonawczych wydawanych przez KE. Mają prawo wnosić o ich zmianę, lecz Komisja może wówczas odpowiedzieć „nie bo nie”, ignorując wolę jedynej, demokratycznej instytucji UE. Na otarcie łez traktaty dają europosłom prawo decydowania, czy przyjąć budżet Unii. Tyle tylko, że jest on zawsze wynikiem trudnego kompromisu między poszczególnymi państwami i nie sposób powiedzieć, czemu eurposłowie mieliby go na koniec zanegować.

Kluczowe prerogatywy Parlamentu Europejskiego zostały skrojone dokładnie tak, by pełnił rolę listka figowego dla dwóch głównych „ośrodków władzy”, czyli: Komisji Europejskiej i Rady Europejskiej. Jednocześnie autorzy traktów z Nicei i Lizbony zadbali, żeby europosłowie nie mieli szansy wywalczenia sobie realnego wpływu, ani na decyzje przywódców unijnych państw, ani też pozostających de facto poza wszelką kontrolą wyborców komisarzy z Komisji Europejskiej.

Do tych sprytnych kagańców dorzucono jeszcze „złotą klatkę” kosztującą rocznie ok. 2 mld euro. O bajecznych uposażeniach europosłów rozpisują się regularnie media, bo wiedzą, że czytelnik będzie zazdrościł ludziom otrzymującym nie tylko bajeczną pensję (6710 euro miesięcznie na rękę), lecz też kieszonkowe na jedzenie (313 euro dziennie), zwrot kosztów zakwaterowania, zwrot kosztów podróży, osobny fundusz na biuro, asystentów, doradców, trenerów, kochanki/kochanków, etc. (24 526 euro miesięcznie). Unia gwarantuje europosłom też sowite emerytury (ok. 6 tys. euro miesięcznie od 63 roku życia) jednocześnie niczego od nich nie wymagając. W dopieszczaniu ego deputowanych pomagają nawet pracujący w budynku Parlamentu Europejskiego woźni odziani na co dzień w eleganckie fraki - koszule z żabotem i białe rękawiczki - będący do dyspozycji na każde skinienie posła. „Jeśli podchodzi się do tego w taki sposób, że to świetne, wymarzone 5-letnie wakacje, za które w dodatku dostaje się pieniądze, to można mieć niezłą zabawę” – podkreślał w 2014 r. brukselski korespondent włoskiej gazety "La Stampa” Marco Zatterin.

Jednak pomimo swej fasadowości i luksusowej ofercie dla spragnionych rozrywek od dłuższego czasu Parlament Europejski przestał być miejscem dobrej zabawy. Po pierwsze dlatego, że narody nie chcą (na przekór teorii) zanikać, a po drugie, bo wpuszczono do niego Anglików i Polaków. Ci zaś szybko zauważyli, że skoro będąc europosłem nie ma się wpływu na decyzje zapadające w UE, to zawsze można się zająć tym, co trapi ojczysty kraj. Jak sprawnie wykorzystać to forum do propagowania idei zupełnie sprzecznych z tymi, jakie przyświecały Monnetowi i Schumanowi, pokazał Nigel Farage. Dziś uznawany za "ojca brexitu” polityk zawsze pozostawał w Wielkiej Brytanii na marginesie sceny politycznej i po swym, życiowym sukcesie, zapewne tam pozostanie (nota bene właśnie nabył prawa do emerytury należnej eurposłom). Gdyby nie fasadowa unijna instytucja najpewniej, nigdy by nie mógł się chwalić tym, iż potrafił wywrzeć wpływ na bieg historii Europy.

Po odpłynięciu z UE Wielkiej Brytanii wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, iż najbardziej absorbującym uwagę krajem stanie się Polska. Przynajmniej, jeśli idzie o czas, który będzie średnio zajmowała europosłom. Wprawdzie od strony formalnej nie ma żadnego znaczenia, czy podczas obecnej kadencji na forum Parlamentu Europejskiego odbędą się 23, czy może jednak 32 debaty na temat stanu praworządności w III RP. Podobnie rzecz się ma z liczbą oraz treścią rezolucji przegłosowanych w tym temacie. Jak trafnie niegdyś dostrzegł Farage w tej grze. od prawa i reguł ważniejsze są emocje, które za pośrednictwem europarlamentu generuje się we własnym kraju.

Na co dzień obywatele: Niemiec, Hiszpanii, Włoch, Francji, czy oczywiście Polski głęboko w nosie mają, czym zajmuje się PE. Nie wspominając już o śledzeniu debat, jakie ciągle się tam toczą. Zmienia się to jedynie wówczas, gdy rzecz ich bezpośrednio dotyka. Poza sporem o ACTA 2 uwagę skupia wyciąganie na forum PE wewnętrznych konfliktów w danym kraju. Jak to robić w sposób wzorcowy dają przykład Polacy. Zepchnięta w III RP do narożnika opozycja szuka w Unii sojuszników, którzy pomogliby jej w rozgrywce z obozem rządzącym. Wprawdzie Parlament Europejski nic nie może, ale jedynie na jego forum da się publicznie upokorzyć reprezentantów PiS-u korzystając z ich osamotnienia. Tak biorąc rewanż za gnębienie opozycji w polskim Sejmie, a przy okazji demonstrując swojemu elektoratowi, iż nie jest się kompletnie bezsilnym. Co ciekawe druga strona także nie ma powodu do narzekań. Histeryczne przemowy europosłów Platformy i z lewicy, plus to jak głosują przy okazji kolejnych rezolucji, pozwala rządowej telewizji oraz wspierających rząd mediom sięgać po wywołujące szereg skojarzeń epitety, jak np: „Targowica”. Czyli regularnie przyprawiać opozycji gębę zdrajców ojczyzny. Dzięki Parlamentowi Europejskiemu daje się podsycać (ostatnio jakby słabnące) w kraju emocje i dbać, żeby mocno spolaryzowana scena polityczna nie ulegała depolaryzacji.

Jako że Polska już wiele razy bywała prekursorem nowych trendów, być może znów tak się stanie. W kolejnych krajach Unii stare partie centrowe (jak CDU/CUS i SPD w Niemczech) sukcesywnie tracą wyborców na rzecz młodych stronnictw, przeważnie radykalnie prawicowych lub lewicowych. Ten fakt sprzyja szybkiemu polaryzowaniu się sceny politycznej oraz narastaniu wzmożenia emocjonalnego wśród wyborców. Już za cztery lata ten proces odbije się na nowym składzie europarlamentu. Jednocześnie nic nie wskazuje, by brukselska biurokracja oraz rządy państw UE chciały nadać mu uprawienia, czyniące fasadowe ciało, prawdziwym parlamentem. Pozostanie on więc instytucją przydatną w tych obszarach polityki, w których znakomicie odnaleźli się angielscy eurosceptycy oraz Polacy. To zdaje się zwiastować, iż fasada może w przyszłości odegrać na Starym Kontynencie rolę, o jakiej Monnetowi i Schumanowi oraz następnym pokoleniom budowniczych Unii Europejskiej, nawet się nie śniło.