Dziś w Brukseli premier Donald Tusk ma pokazać Europie twarz nowej Polski, wolnej od zapiekłości Kaczyńskich, a Europa - odetchnąć z ulgą po niesfornych bliźniakach. Przemiła scena. Od zachwytów ważniejsze są jednak interesy. I trzeba pytać o to, czy Tusk będzie o nie skutecznie walczył, a nie - jakie wrażenie wywoła jego wizyta.

Miło jest być lubianym, ale samopoczucie europejskich partnerów niewiele powinno nas obchodzić. Istotniejsze, by uwzględniali nasze potrzeby i obawy. A jeszcze ważniejsze, byśmy sami wiedzieli, co chcemy w Unii osiągnąć.

Kaczyński wiedział: chodziło mu o obronę jak najszerszego zakresu suwerenności w Unii. Mimo krytyki poprzedni rząd sporo na forum unijnym osiągnął. Po pierwsze: narzucił zastosowanie zasady solidarności w sporze z Rosją o embargo na polskie mięso.

Dopiero bowiem kiedy w odpowiedzi na to embargo zablokowaliśmy porozumienie o partnerstwie strategicznym Rosji z UE, zostaliśmy pełnoprawnym członkiem Unii, który korzysta z weta w kluczowych dla niego sprawach.

Po drugie: wprowadził bezpieczeństwo energetyczne jako jeden z głównych tematów debaty w Europie. Konkretne decyzje jeszcze nie zapadły, ale Unia przygotowała już kilka dokumentów ograniczających Gazpromowi możliwość ekspansji w Europie.

Już choćby to wystarczy, by nieco cieplej myśleć o polityce europejskiej poprzedniej ekipy i nie tyle wypunktowywać, co Tusk może w niej naprawić, ile przestrzegać, by raczej nie zepsuł tego, co już udało się osiągnąć. Przede wszystkim wywalczonej przez Polskę pozycji samodzielnego podmiotu unijnej polityki, który jest gotowy walczyć w obronie własnych interesów.

W ostatnich miesiącach zarysował się podział Unii na dwa obozy. Pierwszy, reprezentowany przez Francję, chce Unii połączonej silnymi więzami formalnymi z własnymi siłami zbrojnymi. Drugi, na czele z Wielką Brytanią, woli wielką strefę wolnego handlu, do której mogą wstąpić także państwa pozaeuropejskie, ale która nie będzie miała atrybutów państwowych, w tym armii.

Premier Tusk wskazał Francję jako polskiego partnera strategicznego w Europie, na drugim zaś miejscu Niemcy, czyli postawił na obóz integracyjny.

Czy konsekwentnie będzie także promował rozbudowę europejskich sił zbrojnych? Potraktuje ideę integracji jako wartość nadrzędną, dla której można poświęcić mniej istotne interesy, na przykład wycofa polskie weto na podpisanie traktatu UE – Rosja bez wcześniejszego zniesienia rosyjskiego embarga?

Polska jest za słaba, by tworzyć własny obóz w UE, ale też za silna, aby stawać się bezkrytycznym członkiem jednego z nich. Potrzebujemy poparcia wszystkich wielkich państw Unii, a zasada zachowania jak najwięcej suwerenności wydaje się obecnie najkorzystniejsza.

Premier powinien zatem poprzestać na miłych słówkach, skoro tak ich w Brukseli pożądają, a wstrzymać się z dalekosiężnymi deklaracjami. Lepiej jest lawirować między wielkimi, wszak i oni nas potrzebują, niż stawiać na jednego konia.

W Brukseli, używając spokojniejszej retoryki, Tusk może najwyżej utrzymać to, co wywalczył Kaczyński. Na razie tyle wystarczy.