Rząd Donalda Tuska już na samym początku urzędowania stanął w obliczu bardzo trudnej kwestii uregulowania stosunków państwo - Kościół. Problemy ujawniły się w trzech sprawach: wprowadzenia religii jako przedmiotu maturalnego, refundowania zapłodnienia metodą in vitro, wreszcie podpisania Karty Praw Podstawowych

Wszystko są to sprawy niezwykle ważne co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, pomijając szczegółowe aspekty każdej z nich, wszystkie stawiają pytanie o neutralność światopoglądową państwa. Konstytucja RP mówi bardzo wyraźnie, że państwo zachowuje całkowitą neutralność wobec światopoglądu obywateli i wobec wyznawanej przez nich religii. Wobec tego organy państwa nie mogą w swoich decyzjach ulegać jakimkolwiek naciskom wywieranym przez podmioty z gruntu ideowe.

Zapis konstytucyjny jest oczywiście do pewnego stopnia fikcją. Najlepiej widać to na przykładzie debaty aborcyjnej, w której zasadniczymi argumentami wpływającymi na kształt obowiązującego prawa są argumenty natury religijnej. W pozostałych jednak kwestiach ów wpływ wciąż pozostaje dużo bardziej otwarty. Wydaje się więc, że np. wprowadzenie religii jako przedmiotu na państwowej maturze byłoby niepotrzebnym naruszeniem zasady neutralności światopoglądowej. Złamaniem jej jest już zresztą nacisk, jaki jest wywierany na funkcjonariuszy państwa przez hierarchów jednego z Kościołów.

Religia nie jest wszak przedmiotem, którego dotyczyłoby ministerialnie ustalone minimum programowe, nie istnieje też rzetelny dozór dydaktyczny nad lekcjami religii, wreszcie lekcje religii nie mają charakteru przedmiotowego, a zbliżają się raczej do zajęć wychowawczych czy "formacyjnych". Więcej jest w nich miejsca poświęconego przecież wierze, z której egzaminować nie sposób, niż religioznawstwu. Siłą rzeczy mają więc zupełnie inny charakter niż pozostałe przedmioty szkolne. Biorąc pod uwagę, że rzecz dotyczy egzaminu państwowego, z którego wynikami (choćby średnią ocen) muszą się liczyć uczelnie wyższe, sprawa robi się poważna.

Drugą przyczyną, dla której zachwianie równowagi między państwem a Kościołem niepokoi, jest to, że rząd Donalda Tuska naraża się tym samym na zarzut oportunizmu ideologicznego: postawy, w której ulega opinii silniejszego. Wykazanie się oportunizmem wobec hierarchów doprowadzi niechybnie do konfliktu ideologicznego, w którym rolę będą chciały odegrać wszystkie skrajne siły polskiej sceny politycznej. A premier Tusk potrzebuje przede wszystkim spokoju - na ów spokój ponoć głosowali Polacy. Dlatego musi podjąć próbę pogodzenia racji Kościoła z neutralnością państwa tak, by nie stworzyć sobie po jednej lub drugiej stronie zajadłych wrogów. Powinien więc pozwolić sobie na pewien rodzaj stanowczości i wyrazistości w kwestii religii na maturze i praktycznie - a nie ideologicznie - nakreślić granice państwa neutralnego światopoglądowo.

Rodzący się spór na tym tle pokazuje, że Platforma Obywatelska wciąż szuka swojej tożsamości. Nie jest już Kongresem Liberalno-Demokratycznym, który w Sobieszewie w 1992 roku deklarował wyraźne ograniczenie wpływu religii na życie publiczne, choć ta liberalna tradycja wciąż jest w niej mocna. Ale z drugiej strony nie jest też typową chadecją, choć ma w swoim gronie bardzo silną grupę chadeków i konserwatystów.

Platforma nigdy jeszcze nie odpowiedziała na zasadnicze pytanie o kształt swojej laickości. Jedynym przypadkiem, kiedy wyraziła swoją postawę, było głosowanie w zeszłej kadencji przeciwko wprowadzeniu do konstytucji przepisów wzmacniających ochronę tzw. życia poczętego. Opowiedziała się za zachowaniem status quo, nie narażając się Kościołowi, ale też nie deklarując się po stronie obyczajowych liberałów.

Bardziej z powodów politycznych niż ideowych lider PO odmawia obecnie podpisania Karty Praw Podstawowych. Platforma wciąż szuka wypośrodkowania między antykościelną lewicą a skrajną prawicą. Jest to ten z elementów programu PO, który pozostaje niedopowiedziany i dziś właśnie wymaga jasnego sformułowania. W grę wchodzą sympatie wyborców, a więc również wybory prezydenckie w 2010 roku. Jeśli PO nie będzie umiała lub chciała bronić laickiego państwa, zniechęci do siebie nie tylko opiniotwórcze środowiska Europy Zachodniej, ale też straci zaufanie, jakie pokładają w niej ludzie młodzi i wielkomiejska inteligencja, dla których argumenty polityków pokroju Marka Jurka nigdy nie będą zrozumiałe.