Miedwiediew to prawnik z Petersburga, naukowiec, wieloletni znajomy obecnego prezydenta. Putin ciągnął go za sobą i wyznaczał do pełnienia kolejnych funkcji państwowych. Jednak niemal dokładnie to samo można powiedzieć o głównym przegranym w walce o schedę po Putinie Siergieju Iwanowie. Tyle że Iwanow jest - jak Putin - człowiekiem KGB. Iwanow, generał FSB - zimny i wyrachowany. Jego twarz nigdy nie wyrażała emocji, w każdym ruchu widać KGB-owski sznyt.

Iwanow i Miedwiediew marzyli o zajęciu prezydenckiego fotela. I choć kremlowska drużyna jest niczym zaciśnięta pięść to rywalizacja dwóch pierwszych wicepremierów o tytuł delfina siłą rzeczy wylewała się na zewnątrz. Obserwowałem ją, mieszkając w Moskwie. Bawiłem się przy tym doskonale. Kiedy Iwanow pojawiał się w głównym wydaniu dziennika telewizyjnego, wiadomo było, że za chwilę wystąpi Miedwiediew. Gdy pierwszy jechał do pionierów, to drugi migiem uderzał do górników. Jak Iwanow obiecywał żołnierzom, to jego konkurent natychmiast dopieszczał emerytów. I tak w koło Macieju.

Ciekawe, że Miedwiediew też z czasem zaczął upodabniać się do Putina. Te same ostre gesty, zimny wzrok wbity w podległych urzędników, krótkie urywane zdania brzmiące jak wojskowe rozkazy. Pewnego razu Władimir Putin pojechał na spotkanie z młodzieżą i jako posiadacz czarnego pasa stoczył pokazową walkę judo. Co zrobił Miedwiediew? Mimikra nakazała mu ufundować salę gimnastyczną w małomiasteczkowej szkole (oczywiście za pieniądze Gazpromu). Pojechał na otwarcie, z wyraźnym trudem podciągnął się trzy razy na drążku i powrócił do Moskwy. Smutna scena - jakby młody chłopak nieudolnie naśladował swojego starszego brata - idola. Wątpię, czy Miedwiediew, będąc prezydentem, wyleczy się z tego kompleksu.

Ale to także dlatego Putin wybrał Miedwiediewa. Z punktu widzenia Putina ta kandydatura ma same zalety. Miedwiediew udowodnił swoją lojalność i daje gwarancje, że obecna linia polityczna i gospodarcza Kremla zostanie utrzymana. Jest przy tym wygodny - bo brakuje mu charyzmy i zaplecza. Jeśli Władimir Władimirowicz zechce powrócić - Dmitrij Anatoliewicz stawał okoniem nie będzie. A jeśli zostanie na dłużej, to na pewno z Putinem w tle. Nie będzie żadnego tam kopania się w prywatyzacjach i śledzenia transferów naftowych pieniędzy. Zresztą to już rosyjska tradycja - Putin też obiecał Jelcynowi: "rodziny nie ruszę" i słowa dotrzymał. Poza tym Miedwiediew - w odróżnieniu od Iwanowa - nigdy nie zdobędzie tak dużego wpływu na służby, jaki ma Putin.

Jak by nie było od marca przywódcą Rosji będzie prawie "liberał". Lepiej, że on, niż "demokrata" z KGB, ale nie przesadzajmy z optymizmem. Wszystko zostało w niewielkiej, ale zwartej kremlowskiej rodzinie. Niby-liberał wygra niby-wybory w niby-demokratycznym państwie.

W czasach głębokiego ZSRR Włodzimierz Wysocki pisał do przyjaciela list z Paryża:

"Zaprzyjaźniłem się tu z Jacquesem oraz z Jeanem
z jedną Francuzką kręcę od trzech dni
i z wieży Eiffela pluję Paryżanom
na te ich kapitalistyczne łby!
Lecz prawdę mówiąc, Wania, to my do Zachodu tak pasujemy, jak pieprz do miodu."

Dobry wiersz, nic się nie zestarzał.