Kornatowski złożył bowiem wniosek o powrót do Prokuratury Krajowej. Tą inicjatywą daje dowody, że jest gotowy podjąć się wielkiej misji naprawy świata. Widać, że walka ze złem jest jego drugą naturą. Sam jest przecież - jak powszechnie wiadomo - wzorem uczciwości i innych cnót.

Jako początkujący prokurator asesor miał w czasach PRL wykonać brudną robotę na rzecz reżimu Jaruzelskiego i Kiszczaka, tuszując śmiertelne pobicie na komisariacie kolejowym w Gdyni 32-letniego Tadeusza Wądołowskiego.

Ale tak mogą twierdzić tylko zawistnicy. Kornatowski zarzeka się, że nie ma nic wspólnego z tą sprawą, bo jako prokurator robił tylko wstępne oględziny. Eksperci jednak - najpewniej złośliwie - twierdzą, że kiedy zobaczył ślady pobicia na ciele Wądołowskiego, a na ścianach komisariatu krew, musiał przyjąć założenie, że mogło dojść do zabójstwa. Ale cóż, widocznie nie kierowała nim wtedy tak wielka odwaga jak dziś.

Bo dziś jest inaczej. Kiedy tylko stracił stanowisko szefa policji, to podobnie jak jego mentor Janusz Kaczmarek, zaczął z pasją demaskować nadużycia, jakich mieli dopuszczać się premier Jarosław Kaczyński i minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. To już jest bohaterstwo godne naszych czasów.

Może właśnie za ujawnienie wstrząsającej prawdy o poprzedniej władzy Kornatowski oczekuje dziś zasłużonej zapłaty? W tym także uwolnienia go od zarzutu mataczenia w śledztwie, które miało ustalić sprawcę przecieku w aferze gruntowej.

A propos afery gruntowej, warto przypomnieć jeszcze jedną z licznych cnót Kornatowskiego: umiejętność syntetycznego ujmowania spraw w tajnych rozmowach przez komórkę: "- Żartujesz? Od tego naszego debila, kurwa, łysego? (...) Dobra. Ale szef jest chyba, kurwa, leci. Dobra, zobaczę".

Co potem się stało, wszyscy pamiętamy. Szef "poleciał", a wraz z nim i Kornatowski. I najlepiej niech tak pozostanie. Na szczęście wygląda na to, że obecny minister sprawiedliwości jest na razie podobnego zdania.