Jakub Biernat: W ostatnim wywiadzie dla "Faktu" udowadniała pani, że napięcia na lini prezydent-premier zdarzały się nawet wtedy, gdy obydwie funkcje pełnili bracia bliźniacy. Dlaczego?
Jadwigą Staniszkis: - To efekt specyficznego usytuowania obydwu urzędów, które wywodzi się ze słynnej Michnikowskiej zasady "wasz prezydent, nasz premier". Te dwie instytucje w założeniu miały się blokować i samoograniczać - nigdy nie były nastawione na współpracę. Nie ma też jasności co do systemu władzy panującego w Polsce. Obecnie przechyla się on lekko w stronę systemu kanclersko-parlamentarnego. Jednak kompetencje prezydenta, choć dopiero po uzgodnienu z rządem, są stosunkowo duże. Prowadziło to do "szekspirowskich” napięć nawet pomiędzy braćmi. Już po wyborach, gdy Ludwik Dorn zaproponował stworzenie koalicji konstytucyjnej dotyczącej zmiany ordynacji wyborczej wtedy prezydent ją poparł, a Jarosław Kaczyński zdecydowanie zaprotestował.

Prezydentura wymyślona dla Jaruzelskiego miała zapewnić kontynuację polityki państwa oraz zapewnienie miękkiego przechodzenia z jednego ustroju do drugiego. O kontynuacji polityki państwa mówią także współpracownicy prezydenta, biorąc w obronę jego status. Czy to nie dowód, że ta tradycja instytucjonalna, która bierze swój początek w schyłkowym PRL, jest wciąż żywa?
- Rzeczywiście argument kontynuacji pada ze strony Pałacu Prezydenckiego po to, aby wybadać, jak bardzo Tusk jest skłonny ustąpić. Jednak w nowoczesnych państwach kontynuacja polityki zapewniana jest inaczej - poprzez korpus służby cywilnej. PiS go jednak rozmontował i w znaczny sposób spolityzował. Platforma powinna zapewnić kontynuację polityki, wzmacniając z powrotem korpus służby cywilnej. Istnieje przecież profesjonalna Krajowa Szkoła Administracji Publicznej kształcąca odpowiednie kadry. Kontynuacja w polityce, czyli instytucjonalna pamięć o zaawansowaniu procesów państwowych, powinna odbywać się poprzez dobór profesjonalistów, jak to ma miejsce w cywilizowanych krajach. Tu nie można polegać na zawodnej pamięci i emocjach tylko jednej osoby. W obecnej sytuacji niesłychanie rozbudowany i dublujący rząd, urząd prezydenta, tworzony jest w sposób nieprzejrzysty. Jestem zwolenniczką systemu kanclersko-parlamentarnego, czyli wzmocnienia roli premiera, który ma możliwość działać poprzez ministrów. Ten system jest przejrzysty, umożliwia też kontrolę poprzez działanie komisji sejmowych oraz instytucję interpelacji.

Co przeszkadza pani w takim typie organizacji, jaki reprezentuje Kancelaria Prezydenta?
- Problemem jest dobór osób, które niekiedy z sekretarek stają się ministrami, a potem używają awansu jako trampoliny do dalszej kariery politycznej. Nie ma żadnej kontroli kompetencji ani przejrzystości - to po prostu dwór. Ta struktura różni się pod względem intelektualnym i instytucjonalnym od rządu. Pałac Prezydencki nie jest merytorycznie przygotowany do zadań, jakimi chciałby się zajmować. Nawet wynegocjowanie traktatu europejskiego, co przypisuje sobie prezydent, nie było wyłącznie jego zasługą. Pamiętamy telefony do premiera podczas negocjacji, a także rolę, zwiazanych z UKiE, czyli rządem - Marka Cichockiego i Ewy Ośnieckiej-Tameckiej oraz wiceministra ds. europejskich Krzysztofa Szczerskiego.

Czy jednak prezydent nie gwarantuje kontynuacji polityki zagranicznej?
- Ta kontynuacja wynika z czegoś innego. W ostatnim czasie u polskich elit nastąpił przełom w myśleniu na temat roli UE. Stało się to także przy udziale prezydenta. Dostrzeżono, że korzystniejsze jest, by naszych interesów broniła autonomiczna Komisja Europejska niż polityka klientelizmu wobec silniejszych krajów. Dostrzeżono, że biurokracja europejska może lepiej kontrolować dwustronne kontakty dużych krajów UE i Rosji, a także kwestię bezpieczeństwa energetycznego. Dostrzegł to Donald Tusk, Radek Sikorski oraz Lech Kaczyński. Nawet w kwestii Karty Praw Podstawych widać kontynuację. Chociaż PO asekurancko tłumaczy swój sprzeciw wobec karty nieprzejednaną postawą PiS, nie pomijałabym tu kwestii ideowych. Nie uważam jednak, że aby zapewnić stały kurs polityce zagranicznej, należy dać więcej uprawnień prezydentowi.

Jak wytłumaczyć postępowanie Aleksandra Kwaśniewskiego, który zgodził się, by w konstytucji z 1997 roku ograniczyć prerogatywy prezydenta, nie precyzując do końca jego roli.
- W tamtej sytuacji nie mógł uzyskać więcej. On przede wszystkim starał się pielęgnowć swoją rolę ceremonialną.

Leszek Miller mówił, że lubił pojawiać się tam, gdzie szumiały skrzydła historii.
- To mu widać sprawiało przyjemność, ale robił to w sposób niedrażniący. Z drugiej strony był on elementem złożonego układu interesów i to mu dawało nadzieję na rozmycie odpowiedzialności. I dlatego zostawił sobie część uprawnień.

A czy Donald Tusk dążąc do określenia prerogatyw prezydenta, nie robi krzywdy swoim aspiracjom prezydenckim?
- Donald Tusk być może spostrzeże, że perspektywa okrojonej prezydentury typu niemieckiego nie jest aktrakcyjna. Wtedy może zrozumie, że właściwszym byłoby wzmocnienie roli premiera. Prezydentura to w istocie emerytura dla zasłużonych, a Donald Tusk ma zasługi dopiero przed sobą. Spodziewam się, że będzie starał się przedłużać ten ekscytujący okres bycia premierem. Stoją przecież przed nim kolosalne wyzwania: naprawa systemu służby zdrowia, niedokończona reforma emerytalna oraz zabezpieczenie przed wyhamowaniem koniunktury gospodarczej. Jest więc dość zadań dla odpowiedzialnego premiera właściwszych niż zastanawianie się nad prezydenturą. Bycie premierem zresztą bardzo zużywa i utrudnia wygranie wyborów prezydenckich.

To niezbyt szczęśliwa prognoza dla nowego premiera?
- Tym bardziej szanuję, że Donald Tusk podjął się tego wyzwania. Dobrze by było, gdyby jeszcze wywiązał się ze swojej roli. Na razie widać, że Platforma nie wypracowała systemu łączenia liberalizmu z konserwatyzmem i populizmem, tak by te tendencje wzajemnie się ograniczały. Konserwatyzm nie może niszczyć wolnego rynku, a populizm naruszać długofalowych planów państwa. Na razie PO dryfuje, co przy tych wyzwaniach jest bardzo niebezpieczne.

Czy ta niejasność ustrojowa ma jakieś pozytywne strony?
- Może to być mechanizmem amortyzujacy. Rząd może podjąć decyzję, a potem dokonać delikatnej korekty pod wpływem prezydenta. Jednak trzeba umieć używać tego mechanizmu. W mediach głównie pokazywana jest szarpanina statusowa, a to jest niepotrzebne i szkodliwe dla państwa, bo ośmiesza instytucje, pokazując jedynie osobiste ambicje.

Jak zaradzić tej sytuacji? Na zmianę konstytucji raczej nie ma co liczyć.
- Tę dwoistość należy ograniczyć. Nie wiem jednak, czy konstytucji nie uda się zmienić. Może za jakiś czas pojawią się nowe interesy, które zmuszą do zmiany konstytucji. Być może obydwie partie zawrą kompromis w tej sprawie, tak jak to proponował swego czasu Ludwik Dorn.

Czy Trybunał Konstytucyjny mogłby rostrzygnąć niejasności na lini prezydent-premier?
- W przypadku ostrego konfliktu Trybunał mógłby zinterpretować konstytucję. Jednak autorytet Trybunału, który powinien być ośrodkiem zaufania i ostatecznym arbitrem, został bardzo zużyty w ciągu ostatnich dwóch lat.