Zupełnie jak w lidze piłkarskiej, co dzień publikowane są nazwiska zawodników, którzy wpisali się na listy transferowe. A ponieważ sport jest jednak bardziej otwartą i demokratyczną strukturą niż polityka, przy nazwiskach piłkarzy podaje się przynajmniej wartość transferów. Przy nazwiskach polityków na razie nie. Na razie podaje się rezultaty w wartościach niematerialnych. Duchowych. Budzących wzruszenie publiczności. Wiemy, za ile euro Dudek przeniósł się do Realu Madryt bez głębszej wiedzy na temat jego motywacji ideowych. Nic nie wiemy o przywiązaniu Dudka do zasad inkwizycji, do monarchii konstytucyjnej, o jego zamiłowaniu do literatury hiszpańskiej albo choćby walki byków. Mamy wiedzę tylko z zakresu materializmu wulgarnego - za ile grzeje ławę w Madrycie.

Z politykami co innego. Prawoskrzydłowi, którzy wpisali się na listę transferów, tłumaczą nam obficie, że dotychczasowy ich zespół za mało jest prawy i niedostatecznie skrzydłowy, wykonał za wiele rzutów karnych i zastawił za mało pułapek ofsajdowych. Dlatego spadł w lidze i nadal spada. Ślicznie i lirycznie.

Sezon transferowy ma też spory wpływ na różnorodność, powstała bowiem nowa dyscyplina polityczna - strzelanie do wyrzutków. Trafiony, ale niezatopiony. Mimo to publiczność wydaje się znudzona. Za mało emocji, bo jak długo można się podniecać Sellinem na ławce rezerwowych. Niedługo. Dlatego utrzymanie stanu napięcia społecznego wymaga zastosowania wobec polityki języka sprawozdań sportowych. Tusk, jak Małysz, leci, leci, proszę państwa, już odleciał.

Stadion narodowy. Na trybunach elektorat. Na murawie wielobój polityczny. W szatni kaperownicy Unii Europejskiej. Szkoda, że państwo tego nie widzą, ale kierownictwo TVP ocenzurowało wizję. Trwa właśnie konkurs piękności zawodników.

Liczą się gładkość lic, rumianość i sylwetka. Trenerzy pomadują uczestników, pudrują i nacierają, aby bardziej błyszczeli. Jęk zachwytu niesie się wśród publiczności, zwłaszcza w sektorach zajętych przez kochających inaczej. Ale już następna konkurencja. Przerzucanie ciężarów. Trzeszczą karki. Na trybunach zamieszanie. To szalikowcy Kaczyńskiego rzucili się z toporami na kibiców Tuska. To nie zabawa, to krwawa rozprawa.

Ale zawody trwają. Głaskanie grzecznych dzieci po płowych główkach. Otwieranie pracowni internetowych. Odsłanianie tablic. Zasłanianie rywali. Jury d’appel ma pełne ręce roboty. Okazuje się, że zginęły wszystkie nagrody. Niektórzy muszą się nawet obejść bez dyplomów. W ogólnym rozgardiaszu wdeptano kilku zawodników w ziemię tak, że wystają nie więcej niż na dwa palce. Porządkowi okładają publiczność kiełbasą wyborczą. W stadionowej kaplicy egzorcyzmy. Płoną kadzidła i trociczki, wyciskając łzy z ócz. Płynie doping z bidonów. W konkurencji gestów patriotycznych najwyższe notowania ma gest Kozakiewicza. Fotofinisz ujawnia, kto najładniej wypiął pierś, a kto najdalej wysunął ozór.

Doczekamy się takiego opisu polityki, kiedy nastanie epoka szczerości.