Odpowiedź musi być jedna: politycy są niezwykle sprytni i przebiegli w kalkulacjach, jaka komisja śledcza im się opłaci, a jaka raczej nie. Począwszy od słynnej komisji ds. Rywina nie istniała w polskim Sejmie taka, która nie służyłaby interesowi tej czy innej partii, i na której nie dałoby się czegoś politycznie ugrać.

Podobnie jest, niestety, z samobójczą śmiercią Barbary Blidy. W Sejmie zawiązała się w tej sprawie koalicja Platformy Obywatelskiej, Polskiego Stronnictwa Ludowego oraz Lewicy i Demokratów, która chce wykorzystać tę tragedię dla zdobycia kilku punktów poparcia w sondażach. A może nawet przede wszystkim po to, by zabić wciąż groźnego politycznego przeciwnika: Jarosława Kaczyńskiego. Na razie został on jedynie pobity, ale przypuszczam, że w tym Sejmie do ostatnich jego dni toczona będzie walka, by PiS w ogóle przestał się już ruszać.

Nawet jeśli inicjatywa stworzenia komisji śledczej była podszyta niskimi przesłankami, nie razi mnie to. Jestem zwolenniczką wyjaśniania spraw o największym ciężarze gatunkowym przed organem, którego prace może na bieżąco śledzić cała opinia publiczna. Mam więc nadzieję, że i ta komisja dotrze do materiałów zgromadzonych przez prokuraturę. Najbardziej zależy mi na tym, by dowiedzieć się, jakie zarzuty zamierzali postawić Barbarze Blidzie śledczy i czy rzeczywiście mieli wystarczające przesłanki, aby wydać decyzję o jej zatrzymaniu.

Wątpliwość rodzi się jedna: wydaje się, że wszystkie te kwestie mogłaby dziś wyjaśnić sama prokuratura pod kierownictwem ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego. Trudno przecież stawiać jej zarzut, że kierując się politycznym interesem, mogłaby tę sprawę próbować zatuszować. A idea powoływania sejmowej komisji ma największy sens wtedy, kiedy trudno jest zaufać prokuraturze.

I w tym właśnie tkwi różnica między komisją ds. śmierci Barbary Blidy, a np. komisją rywinowską: wówczas, pod rządami SLD, można było mieć poważne obawy, że organa ścigania nie wyjaśnią sprawy rzetelnie. Dziś ten zarzut nie ma racji bytu. Tym bardziej więc czytelnym się staje, że prace nowej komisji mają służyć przede wszystkim rozliczeniu przeciwników politycznych. Pod przykrywką – jak najsłuszniejszego – dążenia do wyjaśnienia sprawy toczy się de facto czysto polityczna gra.

Rozumiejąc więc te motywy, łatwo zrozumieć też, dlaczego nie powstała i zapewne nigdy już nie powstanie komisja śledcza do zbadania okoliczności morderstwa Marka Papały, a także następujących potem zdarzeń. W tej sprawie nie ma bowiem już niczego do wygrania. Nawet jeśli Zbigniew Ziobro zarzucił Leszkowi Millerowi zadeptywanie śladów na miejscu zbrodni, kończy się to cywilnym procesem, a nie sejmowym śledztwem.

Dlaczego? Bo nikogo już nie interesuje wyeliminowanie z polityki Leszka Millera. Sprawa nie jest już tak gorąca, jak gorąca były niegdyś sprawa Rywina czy Barbary Blidy w momencie powoływania komisji. W sprawie Papały celem komisji mogłoby być tylko jedno: ustalenie prawdy. A wydaje się, że na tym nie ma niczego do zyskania żadna ze stron politycznego sporu. Nie ma więc też powodu, by angażować się w wielomiesięczne przekopywanie się przez stosy akt, policyjnych notatek i zeznań sprzed lat. Żmudna merytoryczna praca nie jest medialna: politykom trudno byłoby zrobić na niej tak błyskotliwą karierę, jaką zrobili niektórzy członkowie komisji rywinowskiej.

Komisja do zbadania okoliczności śmierci Barbary Blidy ma więc przed sobą kilka celów, ale zaledwie jednym z nich jest ujawnienie prawdy. Elity polityczne w Polsce nie zajmują się przecież dochodzeniem do prawdy, lecz dochodzeniem do władzy. W pracach komisji nie idzie o fakty, lecz o polityczne cele. Czy można mieć do polityków o to pretensję? W końcu od ustalania prawdy są sądy, a nie posłowie. Warto jednak o tych motywacjach pamiętać, przysłuchując się kolejnym, emocjonalnym awanturom wokół sejmowych śledztw.