Aferę z corhydronem opisaliśmy na pierwszej stronie DZIENNIKA 8 listopada 2006 roku. Wywołał bezprecedensową reakcję Ministerstwa Zdrowia, które apelowało publicznie, by nie zażywać niebezpiecznego leku i zwracać go do aptek. W jeleniogórskiej Jelfie zarządzono radykalną kontrolę i wstrzymanie produkcji.

Ujawniliśmy również, że ci sami urzędnicy przez wiele miesięcy wiedzieli o wszystkim i nie reagowali - do dnia naszej publikacji.

Artykuł zaczynał się: "Możesz mieć w domowej apteczce groźne dla życia lekarstwo! Chodzi o corhydron, popularny lek dla alergików i astmatyków, bardziej znany jako hydrocortison. Ten specyfik zabija! - mówią bez ogródek lekarze".

Ten tekst miał wyjątkowy wagę. Nie sprzedawał sensacji, nie był oparty na informacjach czy przeciekach z prokuratur, służb specjalnych czy innych urzędów, których jedynym zajęciem jest kontrolowanie rynku leków. Nasi dziennikarze sami odrobili pracę za te wszystkie instytucje. Pisząc, że w naszych domowych apteczkach znajdują się skażone ampułki corhydronu, ujawnili poważne zaniedbania państwa i urzędniczą inercję. Tym razem ta urzędnicza inercja była groźna dla życia pacjentów. Autorzy odkryli bowiem przerażający fakt - Główny Inspektorat Farmaceutyczny wiedział o niebezpieczeństwie. Ale wszystko miało pozostać między urzędnikami i biznesmenami robiącymi ogromne pieniądze na sprzedaży skażonego lekarstwa. I tak by pozostało, gdyby nie sygnał o przypadkach zasłabnięć po podaniu corhydronu, który trafił do naszych autorów. To był trop, który doprowadził Leszka Kraskowskiego, Pawła Reszkę i Michała Majewskiego do publikacji i wczorajszego sukcesu.

Po ujawnieniu afery instytucje państwowe rozpoczęły wyścig w udowadnianiu, która z nich przejawia największą inicjatywę, by poprawić kontrolę na rynku leków. Posadę stracił prezes Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego. Tysiące policjantów w kraju otrzymało polecenie odnalezienia każdej ampułki corhydronu pochodzącej z wadliwej serii. Prokuratorzy szybko dotarli do 26 przypadków zgonów, które mogły mieć związek z podaniem właśnie tego popularnego lekarstwa. Cała państwowa machina ruszyła z pełnym impetem. Należało jednak poruszyć pierwszy kamyczek, który uruchomił całą lawinę. Właśnie taką rolę odegrał artykuł "Uwaga! Ten lek zabija!".