Polscy biskupi oświadczyli jeszcze przed świętami, że zapłodnienie in vitro to rodzaj niegodziwej lub wyrafinowanej aborcji. Już w trakcie świąt powtórzył te słowa abp Życiński. W ustach biskupów to słowa zdecydowanego potępienia. Oczywiście nie każdy tak patrzy na przerywanie ciąży, ale w doktrynie katolickiej aborcja to zakamuflowane morderstwo. Zatem jeśli in vitro nie różni się od aborcji, to zdaniem biskupów jest rodzajem morderstwa. Ta wypowiedź nie może pozostać bez odpowiedzi. Musi budzić zdziwienie i moralny protest.

Biskupi są osobami cieszącymi się znacznym autorytetem, pretendującymi do moralnej rozwagi. Nie mogą pozwalać sobie na poetycką lub teologiczną przenośnię. Nie mogą pod adresem zupełnie niewinnych ludzi rzucać jednego z najpoważniejszych oskarżeń.

Czy propozycja refundowania zapłodnień in vitro naruszyła interesy Kościoła, jego prawdy wiary, czy jego władzę nad jednym z największych społeczeństw środkowej Europy? Trudno zgadnąć, ale skupmy się na wierze, bo na niej Kościołowi powinno zależeć najbardziej. Otóż Kościół miałby prawo występować tak ostro przeciw dominującej moralności, gdyby jego stanowisko w sprawach wiary zostało frontalnie zaatakowane. Tak się nie stało. Jeśli jacyś rodzice mają biologiczne kłopoty z zapłodnieniem, to pomoc okazana im przez lekarzy nie podważa wiary chrześcijańskiej w najmniejszym punkcie.

W sprawie dopuszczalności aborcji, eutanazji i zapłodnienia in vitro połowa Polaków, a czasem więcej, ma poglądy liberalne. Kościół narzuca im przekonania rygorystyczne. Na jakiej podstawie? Przez religijną mitologizację człowieczeństwa. Kościół mówi: "Człowiek zaczyna się w chwili poczęcia!". Trudno jednak usłyszeć dlaczego wtedy. Na podstawie jakiego argumentu ta teza jest stawiana? Jednostka ludzka ma być rzekomo "broniona" od poczęcia i od tej chwili przysługuje jej "godność ludzka", tkwi w niej dusza nieśmiertelna i jej rzekome interesy stają się tak ważne, że mogą być stawiane ponad interesy ludzi dorosłych. To bardzo dziwne żądania. Co je popiera? Na to pytanie nie można usłyszeć jasnej odpowiedzi. A póki jej nie ma, katolickie rozumienie człowieka trzeba uznać za konstrukcję sztuczną i sprzeczną ze zdrowym rozsądkiem.

Ta koncepcja zakłada, że przez konwencjonalne ustalenie można zdecydować, od której chwili ludzkie gamety stają się człowiekiem. Tymczasem statusu człowieka nie nabywamy w jakimś konkretnym momencie, człowiekiem stajemy się stopniowo. Dwie komórki po połączeniu nie są jeszcze nawet organizmem, bo nie mają żadnych organów. Dopiero po jakimś czasie, gdy zarodek przemienia się w płód, pojawiają się wyspecjalizowane tkanki i wykształca się system nerwowy zdolny do rejestrowania bodźców dochodzących z różnych części organizmu. Płód przypomina wtedy organizm zwierzęcy i ma jakieś zaczątkowe właściwości psychiczne i sensoryczne, charakterystyczne najpierw dla niższych, a później dla wyższych zwierząt. Wtedy z pewnością zasługuje na jakąś formę opieki, bo nie wolno narażać go na zbędne i nieuzasadnione cierpienie. Ale jest tak dlatego, że odczuwa, a nie dlatego, że jest człowiekiem. Póki nie odczuwa bodźców, nie jest zdolny do odczuwania cierpienia, więc nie mamy żadnego obowiązku chronienia go przed nim. Rozmaitych cech emocjonalnych i społecznych dziecko nabiera dopiero po urodzeniu, gdy zaczyna rozumieć samo siebie, tworzyć plany i oczekiwania. Kiedy staje się człowiekiem? Cały czas po trochu. Kiedy nie wolno go krzywdzić? Gdy czuje, co mu się robi. Kiedy trzeba zacząć do niego mówić? Gdy zaczyna słyszeć. I tak dalej. Ale nie wolno mówić, że ponieważ kiedyś dziecko będzie mogło cierpieć, to już teraz zarodek też cierpi.

Nie wolno faktów przesłaniać konwencjami. To prawda, że w wielu sprawach godzimy się na wprowadzanie sztucznych granic. Lato astronomiczne zaczyna się 22 czerwca bez względu na to, jaka jest pogoda. Człowiek 18-letni ma prawo głosować i zawrzeć małżeństwo bez względu na to, czy jest psychicznie dojrzały i umie sobie poradzić z problemami, przed którymi staje. Cudzoziemiec mieszkający w Polsce od 20 lat ciągle nie jest obywatelem polskim, choćby kochał nasz kraj, jeśli nie uzyskał obywatelstwa. W każdym takim przypadku godzimy się na przyjęcie sztucznej granicy, bo jakaś granica ze względów administracyjnych i porządkowych jest potrzebna.

Słyszymy, że zapłodnienie in vitro to "wyrafinowana aborcja". Nie można tego przyjąć, bo nigdy nie słyszeliśmy uzasadnionej odpowiedzi na pytanie, dlaczego zarodek to człowiek. Czy staje się tak przez umowę, czy przez fakty? Jeśli przez umowę, to w państwie świeckim nie ma powodu jej przyjmować. Zarodki nie są ludźmi w sensie emocjonalnym, społecznym ani prawnym. Odwrotne założenie daje absurdalne i niewykonalne konsekwencje. Trzeba by zarodki rejestrować, dawać im PESEL, wliczać do spisu ludności i robić inne głupstwa. Jeśli natomiast liczą się fakty, to gołym okiem widać, że zarodki nie są ludźmi, tylko protoorganizmami, z których stopniowo powstawać będą ludzie. W takiej sytuacji nie można uparcie pytać, a od którego momentu będą już w pełni człowiekiem? To tak jakby pytać, a od którego momentu noc jest już w pełni nocą. Tego momentu nie ma. Słońce najpierw się obniża, potem częściowo znika, wreszcie blask na niebie całkiem ginie i robi się czarno. Tu nie ma i nie może być wyróżnionych momentów.

Pogląd, że zapłodnienie in vitro jest rodzajem morderstwa jest zatem obraźliwym dziwactwem pojęciowym wyrażającym trudno zrozumiałe poglądy wyznawców jednej religii. To prawda, że jest ona w Polsce bardzo rozpowszechniona, a logika słabo. Dla świeckiego państwa nie może to mieć jednak znaczenia. Żadne dziwne poglądy nie mogą domagać się specjalnego uznania i instytucjonalnego poparcia. Minister zdrowia ma zatem pełne prawo uznać ten pogląd nie tylko za niezgodny z powszechnie panującą w Polsce moralnością, która zapłodnienia in vitro nie potępia, ale też ma obowiązek nie poddać się retorycznym naciskom Kościoła. Jeśli się podda, naruszy zasadę świeckości państwa. O tym, czy ktoś będzie miał dzieci, czy nie, nie może decydować kapłan.