"Piłka nożna to taka gra, w której 22 mężczyzn biega za piłką, a na końcu i tak wygrywają Niemcy" – mawiał Gary Lineker. Spostrzeżenie znakomitego niegdyś napastnika idealnie pasuje do sytuacji, jaką od dekady coraz wyraźniej widać w Unii Europejskiej. Lineker mógłby ją ująć słowami: "Unia to taka gra, w której 27 państw stara się pokojowo realizować swoje interesy, a na końcu i tak wygrywają Niemcy".

Reklama

Przed rokiem 2008 wszystko wyglądało inaczej. Zachowawcza Wielka Brytania ucinała wszelkie projekty, grożące nadmiernym ograniczeniem suwerenności poszczególnych państw. Z kolei prąca do głębokiej integracji Francja żyła złudzeniami, że to do Paryża nadal należy decydujący głos w kwestiach politycznych. Choć czasy, gdy prezydent Charles de Gaulle uchodził za mentora kanclerza Konrada Adenauera, były już zamierzchłą przeszłością. Jednak na początku XXI w. gospodarka Republiki Federalnej Niemiec przeżywała zadyszkę, a Zjednoczone Królestwo oraz Francja miały się całkiem nieźle. W UE trwał błogi stan równowagi.

Zachwiało go wprowadzenie euro. Wspólna waluta zadziałała jak turbodoładowanie dla niemieckiej gospodarki, bo o jej kursie decydowała wypadkowa siły ekonomicznej Unii Walutowej, a nie tylko RFN. Gdyby w obiegu pozostawała marka, wówczas osiągniecie przez niemiecki przemysł gigantycznej nadwyżki eksportowej nie byłoby takie proste. Dzięki euro Niemcy wyrosły na trzeciego eksportera świata. Posiadający zaledwie 80 mln mieszkańców kraj ściga się na tym polu z Chinami oraz Stanami Zjednoczonymi. Skutkiem ubocznym okazała się stopniowa deindustrializacja krajów południa Europy. Gdy w obiegu funkcjonowały jeszcze włoski lir, grecka drachma czy hiszpańska peseta, wówczas ich dewaluowanie pozwalało wyrobom przemysłowym z tych krajów konkurować z niemieckimi. Euro sprawiło, że dochodowymi branżami na południu Europy stały się przede wszystkim turystyka i usługi. Któż mógł wówczas przypuszczać, że w 2019 r. pojawi się koronawirus, stanowiący śmiertelne zagrożenie akurat dla tych gałęzi gospodarki.

Po euro jeszcze mocniej stanem równowagi w UE zachwiała światowy kryzys. Niemiecka gospodarka wyszła z niego z rosnącym eksportem oraz nadwyżka budżetową, przekraczającą rok temu 13 mld euro. W tym czasie zadłużenie Francji dobiło do 100 proc. PKB, a gospodarka nad Sekwaną rosła przez ostatnie dwie dekady średnio o 30 proc. wolniej od niemieckiej. To, co kiedyś było ekonomiczną różnicą, zamieniło się w przepaść nie do przebycia. Na dokładkę w 2016 r. Wielka Brytania postanowiła wyjść z UE. Nieco wcześniej kraje południa Europy otarły o bankructwo, tracą swe polityczne znaczenie. Powoli jedynym stabilnym mocarstwem w UE okazywały Niemcy.

W tej sytuacji kanclerz Merkel robiła, co tylko w jej mocy, by skomplikowana konstrukcja, łącząca aż 27 krajów, zachowywała stabilność. Berlin nie miał wyboru. Upadek euro oznacza załamanie niemieckiego eksportu, zaś rozpad Unii, to groźba olbrzymich perturbacji ekonomicznych. Skoro brak dróg odwrotu, musi się przeć do przodu. Jak to robić, Angela Merkel oraz jej ówczesny minister finansów Wolfgang Schäuble przećwiczyli podczas kryzysu strefy euro, narzucając jej członkom politykę austenity. Polegającą na podnoszeniu podatków i drastycznym cięciu wydatków.

Dziś już się nie bardzo pamięta o losie polityków usiłujących stawiać najmocniejszy opór niemieckiej austenity. Grający macho premier Włoch Silvio Berlusconi został zmuszony do uległości na początku listopada 2011 r., po samotnym spotkaniu z Angelą Merkel, prezydentem Francji Nicolasem Sarkozym i przewodniczącym Komisji Europejskiej Manuelem Barroso. Tydzień później upadł jego rząd, a tekę premiera Włoch objął były komisarz Unii Europejskiej Mario Monti. Grecki minister finansów w czasach rządów socjalistycznej Syrizy Janis Warufakis nieustannie się skarżył, że międzynarodowym nadzorem, narzuconym greckiej gospodarce, zawiadują Niemcy.

W końcu Warufakis musiał podać się do dymisji. Po czym premier Aleksis Cipras podpisywał kolejne porozumienia, przynoszące Grecji pomoc finansową, w zamian za realizowanie twardych wytycznych, dziwnym trafem identycznych, z tym czego od Greków domagała się wcześniej Schäuble. Na otarcie łez Tsipras solennie obiecał wyborcom, że wkrótce wyegzekwuje od RFN należne reparacje wojenne. Podobnie jak w przypadku obietnic posła Arkadiusza Mularczyka, nadal efektów tych zapewnień nie widać. Być może dlatego, że w polityce od słów istotniejsze są fakty. Co do nich, to warto sobie przypomnieć jak we wrześniu 2016 r. premier Cipras przed szczytem krajów UE zaprosił do siebie przedstawicieli Francji, Włoch, Hiszpanii, Portugalii, Cypru i Malty. Po spotkaniu cała siódemka zgodnie zadeklarowała, że musi zostać złagodzona dyscyplina budżetowa, jaką wymusza Berlin. Schäuble w odpowiedzi stwierdził jedynie, że "jeśli spotykają się szefowie partii socjalistycznych, to z reguły nic mądrego z tego nie wynika". Faktycznie wówczas poza Hiszpanią, w pozostałej szóstce krajów rządzili socjaliści. Co nie zmieniło faktu, że twarde reguły fiskalne zostały utrzymane.

Tamten trudny czas pokazał skuteczność miękkiej dyplomacji Berlina. Łamanie oporu przywódców, walczących o interesy swoich krajów oraz panicznie bojących się kompromitacji w oczach wyborców, nigdy nie przebiegało błyskawicznie. Zwykle negocjacje i naciski trwały miesiącami, a rząd Niemiec zawsze działa w szerokim sojuszu, mając za sobą Komisję Europejska, Europarlament oraz wsparcie, grupy państw na czele z Francją. Niezmiennie trzymano się zasady mówiącej, że: gutta cavat lapidem non vi, sed saepe cadendo. Nieustający deszcz kropel padał tak długo, aż skała zaczynała kruszeć. Na koniec Berlin stawiał na swoim.

Tym stanem rzeczy zachwiało pojawienie się politycznej anomalii, jaką okazał prezydent Donald Trump. Nie zamierzał on przełknąć niemieckiej nadwyżki w handlu ze Stanami Zjednoczonymi. Równie mocno mierziło go to, że RFN oszczędza na obronności, kupuje surowce energetyczne od Rosji, a dbanie o bezpieczeństwo Europy ceduje na amerykańskich żołnierzy. Pierwsze lata rządów Trumpa owocowały w Berlinie bezsilnymi atakami wściekłości. Jednak niemieccy politycy udowodnili, że jeśli w RFN zapada konsensus wokół jakiegoś celu w polityce zagranicznej, to okazuje się on nieprawdopodobnie mocny. Zarówno rządzący, jak i opozycja działają solidarnie, dla osiągnięcia celu. Upór w doprowadzeniu do końca budowy Nord Stream 2 jest tego najlepszym przykładem.

Jednocześnie bolesne zderzenie z Trumpem przyniosło w ostatnich miesiącach rewolucyjną wręcz korektę w działaniach niemieckiej dyplomacji. Wypowiedzi ministra spraw zagranicznych Heiko Maasa w obronie autonomii Hong Kongu oraz prawa Ujgurów to znaczący zwrot. Chiny przestają być dla Niemiec atrakcyjnym partnerem gospodarczym, a stają niebezpiecznym, totalitarnym mocarstwem. Nie towarzyszy temu głośne przyznanie, iż Trump miał rację, ale od słów ważniejsze są fakty. Jeszcze przed wyborami prezydenckimi w USA najbardziej zaufana współpracowniczka Angeli Merkel minister obrony Annegret Kramp-Karrenbauer zaczęła wykonywać pojednawcze gesty pod adresem Waszyngtonu. Gdy okazało się, że wybory wygrywa Jon Biden na forum uniwersytetu Bundeswehry w Hamburgu minister Kramp-Karrenbauer oświadczyła: "Idea strategicznej autonomii dla Europy idzie za daleko, jeśli karmiona jest iluzją, że możemy zagwarantować bezpieczeństwo, stabilność i dobrobyt w Europie bez NATO i bez USA". To oznacza odrzuceniem mrzonek prezydenta Francji Emanuela Macrona o uczynieniu z Unii Europejskiej militarnego mocarstwa, będącego równorzędnym partnerem dla USA i Chin. Gdy w Białym Domu zacznie urzędowanie Joe Biden, wówczas powrotowi do serdecznej przyjaźni z czasów prezydentury Obamy niewiele rzeczy będzie stało na przeszkodzie.

Dzieje się to w momencie, gdy trwa pandemia, pogrążająca gospodarczo prawie wszystkie kraje UE. Prawie, bo obok peryferyjnej Skandynawii, w Europie najlepiej radzą sobie z nią Niemcy. Koronawirus na naszych oczach dokonuje w UE "selekcji naturalnej" państw. Te dobrze zorganizowane i zdrowe gospodarczo umocnią swą pozycję, słabe znajdą na garnuszku pomocowym, a w przyszłym roku zostanie im przypomniane, jak smakuje austenity.

W klarującym się nowym układzie sił Waszyngton, rządzony przez Demokratów, potrzebuje stabilnej Unii Europejskiej, jako wsparcia w rozgrywce z Chinami. Berlin bardzo potrzebuje wsparcia USA w utrzymywaniu całości Unii, bo rozpaczliwie słabnąca Francja ma coraz mniej do zaoferowania.

Na co może zatem liczyć Polska w rozgrywce o zablokowanie uzależnienia wypłaty funduszy unijnych od tzw. przestrzegania praworządności. Zwłaszcza że ów mechanizm, sprzedawany jako bat na reżymy Orbana i Kaczyńskiego, w nadchodzących latach ma szansę okazać się niezwykle przydatny do dyscyplinowania Grecji, Włoch, Hiszpanii, Portugalii i innych ewentualnych bankrutów.

Realnie kalkulując siły, to sytuacja wygląda następująco. Po jednej stronie mamy Niemcy, wiszącą na nich Francję oraz resztę państw, którym rola RFN jako rdzenia Unii nie przeszkadza lub tak potrzebują pomocy, że na pewno tejże roli nie zanegują. Po drugiej stronie są malutkie Węgry, jeszcze mniejsza, wahająca się Słowenia, no i III RP. Państwo, w którym jakieś 30-40 proc czynnych politycznie wyborców uznaje obecny rząd nie za polski, lecz jedynie pisowski. Jednocześnie rządząca koalicja trzeszczy w szwach i w każdym tygodniu, jakaś grupa posłów grozi odejściem. Natomiast trzymający główne nici władzy lider PiS najlepiej odnajduje się w doprowadzanie kolejnych grup mieszkańców kraju: a to rolników, a to kobiety, a to przedsiębiorców, do białej gorączki. Ewentualnie zajmuje straszeniem przedstawicieli opozycji, że "będą siedzieć". Jeszcze bardziej umacniając ich w chęci oddania się pod opiekę unijnych instytucji.

Reklama

Gdyby Gary Lineker obstawiał u bukmachera wynik takiego meczu, raczej trudno mieć wątpliwości, na kogo by postawił.