"Czekałem wystarczająco długo na przeprosiny. Prezydent obiecał, że nie będzie łamał prawa. Ja mam oświadczenie sądu, że nie byłem <Bolkiem>" - tłumaczył nam Wałęsa. Podkreślił też, że jeżeli prezydent się zreflektuje, do procesu nie dojdzie.

Reklama

zobacz historię oskarżeń Wałęsy:

>>>Kalendarium sprawy "Bolka"

Na to chyba się jednak nie zanosi. Bo od momentu, kiedy Lech Kaczyński nazwał Wałęsę „Bolkiem”, minęło 11 miesięcy.

4 czerwca 2008 r. w Polsacie prezydent był pytany o książkę historyków IPN Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka. Autorzy napisali w niej m.in., że Wałęsa w latach 70. współpracował z SB. Lech Kaczyński stwierdził, że o "Lechu Wałęsie swoje wie" i że był on agentem o pseudonimie "Bolek".

>>>Żaryn: SB zarejestrowała Wałęsę jako "Bolka"

Wałęsa już wtedy zagroził procesem. "Jeśli Pan tego nie odwoła, skieruję sprawę w odpowiednim trybie w ręce prawa i sprawiedliwości" - napisał w specjalnym liście do Lecha Kaczyńskiego. Na groźbach się jednak skończyło.

Dlaczego dziś Wałęsa przypomniał sobie o słowach Kaczyńskiego? Dlatego że sprawa "Bolka" systematycznie powraca. Po publikacji historyków IPN pojawiła się kolejna - praca magisterska Pawła Zyzaka. W ubiegły piątek znów doszło do incydentu. Kiedy Wałęsa gościł na kongresie Libertas w Rzymie, grupa osób skandowała "Bolek, Bolek".

Taktyka Wałęsy jest prosta. Liczy on, że precedensowym procesem z głową państwa uda mu się raz na zawsze uciąć dyskusję. I mieć silny argument prawny w walce o swoje dobre imię. O ile proces wygra. Wygrana z samym prezydentem będzie tym cenniejsza. Adwokat Wałęsy Ewelina Wolańska podkreśla też inny powód: Lech Kaczyński swoją wypowiedzią dodaje odwagi innym osobom, które powtarzają - z punktu widzenia Wałęsy - oczywistą nieprawdę.

Czy droga sądowa i ewentualna wygrana rzeczywiście zakończy dyskusję na temat "Bolka"? Nie. I dodatkowo da Wałęsie narzędzie do blokowania prac historycznych na jego temat, które były prezydent uzna za niewłaściwe. Tak uważa przewodniczący Kolegium IPN prof. Andrzej Paczkowski. "Badań historyków to nie zakończy. Może jedynie powstać dla nich problem, gdy będą chcieli opublikować wyniki badań, jeśli te będą niezgodne z wyrokiem sądu" - mówi Paczkowski.

Wątpi jednak, by ewentualne groźby procesów mogły historyków zastraszyć. "Może będą publikowali wyniki i formułowali wnioski bardziej ostrożnie" - zaznacza.

Wałęsa za podstawę swojej obrony na zarzuty o współpracę z SB wybrał wyrok sądu lustracyjnego z 2000 r. Orzekł on wtedy, że Wałęsa złożył zgodne z prawdą oświadczenie lustracyjne. Część dokumentów uznano za sfałszowane. Prawdopodobnie taka też będzie linia obrony w ewentualnym procesie z Lechem Kaczyńskim.

Jeśli do niego dojdzie, prezydent Kaczyński nie będzie musiał osobiście stawić się w sądzie. "Jak każdy obywatel prezydent będzie mógł mieć pełnomocników" - mówi prof. Piotr Kruszyński, obrońca m.in. Zyty Gilowskiej w procesie lustracyjnym. Zaznacza jednak, że sąd może uznać, że konieczne jest przesłuchanie prezydenta w charakterze strony. "Wtedy pan obywatel Lech Kaczyński będzie musiał się stawić" - mówi.

Możliwe, że na światków zostaliby powołani autorzy kontrowersyjnej książki o Wałęsie, a także wrogowie byłego prezydenta, m.in. Andrzej i Joanna Gwiazdowie czy Anna Walentynowicz.