Ambasadorowie krajów członkowskich przyjęli w piątek w Brukseli mandat do rozmów ws. nowelizacji dyrektywy gazowej, która dotyczy gazociągu Nord Stream 2. Stanowisko Rady UE zawęża stosowanie regulacji, tak że w konsekwencji Nord Stream 2 miałby być objęty unijnym prawem tylko na wodach terytorialnych Niemiec.

Warunki prawne dla pozostałej części gazociągu musiałyby zostać wynegocjowane przez Niemcy z Rosją w ramach międzyrządowej umowy. Na treść tego porozumienia musiałaby się jednak zgodzić Komisja Europejska, która - jak wskazują dyplomaci z krajów przeciwnych Nord Stream 2 - będzie musiała kierować się przy tej ocenie unijnym prawem. Przedstawiciele tych państw podkreślają zarazem, że alternatywą dla przyjęcia stanowiska w tym kształcie była śmierć korzystnego dla nas projektu dyrektywy.

Według polskich dyplomatów, mandat państw członkowskich jest korzystny dla Polski i krajów przeciwnych rosyjsko-niemieckiemu projektowi.

W efekcie marginalizacji pozycji Polski w UE, w efekcie braku możliwości, umiejętności i chęci budowania przez PiS koalicji w UE, ta dyrektywa jest bardzo szkodliwa, ponieważ zamiast blokować projekt Nord Stream II, legitymizuje jego istnienie oraz czyni z niemieckiego rządu jedynego regulatora, który będzie decydował o warunkach funkcjonowania tego gazociągu - mówił na konferencji prasowej b. europoseł PO Paweł Zalewski.

To wielka porażka Polski spowodowana bardzo złą polityką PiS - ocenił. Jego zdaniem, jest to efekt "braku umiejętności i chęci" budowania koalicji w UE przez PiS.

Dzisiaj jedynym ratunkiem, żeby ten projekt poprawić są negocjacje pomiędzy Parlamentem Europejskim a Radą w tej sprawie - oświadczył. - Nasze oczekiwania, niestety, nie mogą iść za daleko, dlatego, że bardzo rzadko zdarza się, aby w tych negocjacjach, Parlament był w stanie zmienić radykalnie - a ta zmiana radykalna jest potrzebna dzisiaj - projekt, który wychodzi z Rady - dodał.

Poseł PO Andrzej Halicki komentował z kolei konferencję poświęconą budowaniu pokoju i bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie, która odbędzie się w Warszawie w dniach 13-14 lutego.

Ta amerykańska konferencja, która odbywa się na ziemi polskiej - bo tak ją trzeba zdefiniować - bez wątpienia narusza nasze interesy, które są związane z dobrym wizerunkiem na Bliskim Wschodzie, a przede wszystkim z możliwością odgrywania łącznika, także negocjatora w sytuacji odmiennych stanowisk w relacjach europejsko-amerykańskich. Dziś wpisujemy się w jedną stronę i jedną narrację prowadzenia polityki zagranicznej, z perspektywy amerykańskiej - ocenił Halicki.

Poseł PO - w związku ze zbliżającymi się wyborami do Parlamentu Europejskiego - podkreślił, jak ważne jest, by Polska miała dobrą reprezentację w PE i bardzo skutecznie działający rząd, który odbudowałby naszą pozycję w Unii. "Polska, jej bezpieczeństwo, zależne jest od naszej bardzo silnej pozycji w Europie, także rozwój gospodarczy i cywilizacyjny" - dodał.

Swój udział w konferencji bliskowschodniej w Warszawie potwierdziło ok. 60 delegacji, w tym z ok. 10 krajów Bliskiego Wschodu oraz z wszystkich państw członkowskich UE - poinformował w poniedziałek PAP szef MSZ Jacek Czaputowicz.

Spotkanie ministerialne poświęcone bezpieczeństwu na Bliskim Wschodzie, którego współorganizatorami są Polska i Stany Zjednoczone, odbędzie się w Warszawie w dniach 13-14 lutego. W konferencji wezmą udział m.in. wiceprezydent USA Mike Pence i sekretarz stanu Mike Pompeo, a także premier Izraela Benjamin Netanjahu. Do Warszawy nie przyjedzie szefowa unijnej dyplomacji Federica Mogherini.

Iran, który nie został zaproszony na konferencję, kilka razy bardzo krytycznie wypowiadał się na temat tego, że to Polska jest współorganizatorem wydarzenia i ostrzegał, że może to negatywnie wpłynąć na stosunki dwustronne.