Z Rafałem Trzaskowskim rozmawiają Grzegorz Osiecki i Tomasz Żółciak
Reklama
Mija prawie miesiąc od waszej propozycji utworzenia „Koalicji 276”. Odzew był żaden.
Mija miesiąc dyskusji na ten temat, a my dziś zaczynamy naszą rozmowę właśnie od tego, więc jednak myślę, że odzew jest duży. Badania pokazywały, że jeśli opozycja będzie skonsolidowana, to uzyska więcej głosów i wygra wybory. Ale to, że będzie miała aż 276 mandatów i będzie w stanie odrzucić weto prezydenta, nawet dla nas było zaskoczeniem. Dlatego wszystkim pokazaliśmy naszą analizę. Nikomu niczego nie narzucamy – liczymy na refleksję. Po miesiącu widzę pewną zmianę w myśleniu innych sił opozycyjnych, tworzymy zespoły robocze, które będą pracować nad propozycjami, co do których się wszyscy zgadzamy. Mam nadzieję, że to dopiero początek.
A czy to nie jest stawianie wozu przed koniem? Niektórzy sądzą, że korzystniejszy będzie start w dwóch blokach oraz że formuła, którą proponujecie, to narzucanie innym waszej wizji.
Narzucanie? Czy powiedzieliśmy - nomen omen - "palec pod budkę" albo "my tu rządzimy, chodźcie wszyscy do nas"? Nie. Zrobiliśmy badania, które pokazały, że powinna być jedna lista, o czym mówiliśmy od miesięcy. Rzeczywiście w przestrzeni publicznej pojawiały się różne pomysły – może dwa, może trzy bloki opozycji. My od miesięcy jednak podkreślamy, że metoda podziału mandatów d’Hondta jest bezwzględna i budowanie dwóch bloków jest ryzykowne. Według jakich linii podziału? I jaka jest gwarancja, że ewentualne bloki będą trwałe? Wspólna lista to najbardziej sensowne rozwiązanie, teraz rozmawiamy między sobą o "pakcie minimum". Zresztą jak słyszę, co mówią inni liderzy opozycji, to nie widzę sensownych argumentów krytycznych. My nie twierdzimy, że mamy copyright na porozumienie, tylko że powinien to być punkt startowy do dalszych rozmów.

A może copyright ma PiS, a wy chcecie powielić strategię Jarosława Kaczyńskiego? Czy nie można pokonać PiS, nie kopiując jego strategii?

Nie wiem, czy przekonanie, że łatwiej wygrać w koalicji, to odkrycie PiS. Nec Hercules contra plures. Konstatacja, że metoda d’Hondta tak działa, nie jest specjalnie odkrywcza. Jeżeli każdy pójdzie osobno - Hołownia, my, Lewica, PSL - to będzie bardzo trudno pokonać PiS. Wydaje się, że dzisiaj ani KO, ani Hołownia, ani Lewica nie ma 40 proc. i że w ciągu najbliższych dwóch lat prawdopodobnie nikt z nas nie będzie na tyle silny, żeby móc samotnie wygrać z PiS. Gdyby się okazało, że wszyscy razem jesteśmy w stanie zdobyć o jeden mandat w Sejmie więcej, to nie byłoby żadnej rewelacji. Tymczasem już widać, że razem moglibyśmy nawet obalać weto prezydenta. To wszystkich nas powinno zmobilizować do rozmów o jednej liście, na której każdy zachowa swoją autonomię. Teraz jest właśnie czas na rozmowy.
Wybory europejskie pokazały, że ta strategia jest ryzykowna. Jeśli wszyscy po stronie opozycji współpracują, może się udać, a jak tylko ktoś się wyłamie, to nie uda się na pewno.
O tym właśnie mówię. Utworzenie dwóch spójnych bloków jest trudniejsze, niż stworzenie jednej listy z poszanowaniem odrębności. Jeżeli będziemy ustalali dwie listy, to zaraz się zrobią trzy, potem ktoś się obrazi, ktoś będzie chciał być bardziej radykalny i znowu się zrobią cztery bloki.
Na jednej wspólnej liście może się zrobić za ciasno. I to nie tylko dla działaczy z drugiego czy trzeciego szeregu.
Nieprawda. Jeśli pójdziemy razem, będziemy mieć tyle mandatów, że wszyscy się pomieszczą. Bo d’Hondt daje olbrzymią premię za pójście razem i za silne listy.
Czyli zakładacie, że mocne nazwiska pociągną całą listę, zyskacie więcej mandatów i wszyscy najważniejsi politycy opozycji się załapią.
Jeśli pójdziemy razem, to i Platforma będzie miała więcej osób w Sejmie, i Hołownia, i Lewica – w stosunku do sytuacji, w której wszyscy poszliby samodzielnie. Kto może stracić? Ktoś, kto jest absolutnie pewny jedynki, jeśli jego partia idzie do wyborów samotnie i kto z dwójki albo trójki nie dostałby mandatu. Ktoś, kto dostaje jedynkę na liście tylko za zasługi partyjne, a nie dostałby się do parlamentu z innego miejsca.
Reklama