Z Konstantinem Kotowem rozmawia Michał Potocki
Reklama
W środę dowiedzieliśmy się, że opozycjonista Aleksiej Nawalny trafił do aresztu w Kolczuginie w obwodzie włodzimierskim. Pan siedział w kolonii karnej numer dwa w Pokrowie w tym samym obwodzie.
Fakt, że znalazł się w Kolczuginie, świadczy o tym, że najpewniej za kilka dni trafi do tej samej kolonii, co ja.
Zacznijmy od początku. Po wyroku więźniowie jadą tzw. etapem do miejsca przeznaczenia. Jak taki etap wygląda?
Przede wszystkim to jest zawsze zaskoczenie. Teoretycznie mogą cię wysłać na etap w dowolnym momencie, choć formalnie powinni odczekać do uprawomocnienia się wyroku. Dostajesz wyrok, odwołujesz się i gdy sąd podtrzyma decyzję z pierwszej instancji, dopiero trafiasz na etap. Ze mną nie czekali na uprawomocnienie. Jakieś dwa tygodnie po wyroku, był piątek wieczór, przyszli do celi i powiedzieli, że za trzy godziny mnie zabiorą. Spakowałem rzeczy, jeszcze raz wszystko sprawdzili i posadzili w więźniarce. Wtedy jeszcze się nie wie, dokąd cię wywożą. Możesz pytać, ale nikt ci nie odpowie. Po jakichś trzech godzinach jazdy dotarliśmy na Dworzec Kurski w Moskwie. Wprowadzili nas do pociągu. Wagon więzienny przypomina normalny, ale nie ma okien, a zamiast drzwi są kraty. W środku jakieś siedem prycz, ale nie mogliśmy się położyć. Jeśli dobrze pamiętam, było nas 10–15 osób. Wieźli nas niedługo, sześć, może siedem godzin. Rano znaleźliśmy się we Włodzimierzu. Obwód włodzimierski w kręgach więziennych cieszy się ponurą sławą. Chodzą o nim słuchy, które w sumie się potwierdziły. Całą tę włodzimierską poetykę odczuliśmy jeszcze na stacji.
Jakie słuchy?
To tak zwany czerwony region z czerwonymi obozami. To znaczy, że zarządza nimi administracja. Są jeszcze czarne obozy, gdzie rządzą się sami więźniowie.
I to gorzej, kiedy zarządza administracja?
Niestety, jak by to dziwnie nie brzmiało. W czarnych obozach żyje się nie zgodnie z regulaminem, a zgodnie z aresztanckimi poniatijami (niepisane reguły, które stosują kryminaliści – red.). Tak jest łatwiej, chociaż w czarnych bywają i narkotyki, i przestępstwa, ale i tak żyje się tam bardziej swobodnie niż w czerwonych. W obozach, którymi zarządza administracja, więźniowie bywają torturowani i zabijani.
Wróćmy na dworzec we Włodzimierzu.
Przyjeżdżasz do miasta. Obwód włodzimierski wita cię konwojem z psami. Zakładają kajdanki, przykuwają je do sznura i każą kucnąć. Kiedy wszyscy już są przykuci do sznura, pada komenda „ruszać naprzód”. Po kilkuset metrach ładują cię do więźniarki i odwożą do aresztu we Włodzimierzu. Z Nawalnym było trochę inaczej, bo odwieźli go do Kolczugina. W areszcie spędza się kilka dni. Ja trafiłem do niego w sobotę rano, a w czwartek przewieźli mnie do Pokrowa. Tam znajduje się kolonia poprawcza numer dwa o ogólnym rygorze.
Jak wygląda pierwszy dzień w kolonii? O ile wiem, to powitania nie należą do przyjemnych.
To prawda, chociaż ja bicia nie doświadczyłem. Wychodzimy z więźniarki. Każą nam podejść do budynku administracyjnego, stanąć twarzą do ściany i kucnąć. Bagaż z naszymi rzeczami leży obok. Pracownicy kolonii chodzą z psami, potem każdego po kolei wzywają, podpisujesz dokument, że nie masz żadnych zastrzeżeń do konwoju. Potem prowadzą cię do budynku, w którym znajdują się izolatki. Tam odbywa się kontrola osobista. Odbierają wszystkie zabronione rzeczy. Rozbierasz się do naga, oddajesz ubranie, dostajesz więzienne ciuchy.