Przerzucanie wojsk ku granicom Ukrainy na pewno nie jest ćwiczeniami Południowego Okręgu Wojskowego, a "wygląda to tak, jakby Kreml brał Ukrainę w kleszcze z południa i wschodu" - ocenia w czwartek komentator Deutsche Welle, politolog Iwan Preobrażeński. Na razie jednak jest to, jego zdaniem, proces chaotyczny, a oddziały nie podchodzą pod samą granicę.

Reklama

Ewentualnej większej ofensywie nie sprzyja także pogoda. "Jeśli Rosja faktycznie przygotowuje się do jawnego wprowadzenia wojsk na terytorium ukraińskie, na przykład pod pozorem operacji pokojowej, to nie wcześniej niż w maju 2021 roku" - czytamy w komentarzu.

Kreml testuje Bidena?

Ale "nie warto się łudzić", bo "tak duże +ćwiczenia+ i +sprawdziany (gotowości bojowej - PAP)+ są po prostu bardzo drogie. Decyzje o takich kosztach nie zapadają tak po prostu" - argumentuje autor DW. Zgadza się on z opinią, że Kreml chce "przetestować" nowego prezydenta USA Joe Bidena, bowiem "zdaniem władz rosyjskich Ukraina nie jest samodzielna w swoich działaniach, a pełni rolę pola bitwy z Amerykanami".

Niemniej, zdaniem Preobrażeńskiego, "do wojny mogą popchnąć czynniki wewnętrzne" w Rosji, w tym problemy gospodarcze, spadające notowania rządzącej partii Jedna Rosja, a także sytuacja wokół opozycjonisty Aleksieja Nawalnego. Pomogłaby w takich okolicznościach "mała zwycięska wojna".

"Wreszcie, to może być nie taktyczny, a strategiczny projekt osobiście (prezydenta Rosji Władimira) Putina" - ocenia komentator Deutsche Welle. Przypomina, że sfinalizowano zmiany prawne, które pozwalają Putinowi na kolejne kadencje prezydenckie, aż do 2036 roku. Preobrażeński zadaje pytanie, czy być może ten zabieg nie był Putinowi potrzebny właśnie po to, by "zyskać swobodę, zmobilizować kraj i przejść do historii jako +ten, który zjednoczył+ Rosję i Ukrainę".