Wczoraj premier Mateusz Morawiecki i minister zdrowia Łukasz Szumowski po raz kolejny zaostrzyli reżim epidemiczny. – Jeśli nie ograniczymy kontaktów międzyludzkich do maksimum, nie uratujemy ludzkich żyć – tłumaczył Szumowski.

Reklama

Pierwsze ograniczenie dotyczy przemieszczania się. Od dziś obowiązuje zakaz wychodzenia z domu. Poza sytuacjami niezbędnymi takimi jak wyjście do pracy, do lekarza czy wyprowadzanie psa. Może być też spacer, o ile jego efektem nie będzie powstanie większych skupisk ludzkich. Dlatego na spacerze mogą poruszać się nie więcej niż dwie osoby razem. Nie dotyczy to rodzin lub osób, które pozostają w stałym pożyciu. Jak tłumaczył minister zdrowia, to próba uniknięcia sytuacji z ostatnich dni. Dobra pogoda spowodowała, że w parkach, na placach zabaw czy bulwarach gromadzili się Polacy.

Dziennik Gazeta Prawna

Ograniczenia dotkną też funkcjonowania transportu publicznego. Do autobusu czy tramwaju wejść może tylko tyle osób, ile wynosi połowa wszystkich miejsc siedzących. Wprowadzono też zakaz zgromadzeń, z wyjątkiem wydarzeń, w których uczestniczą wyłącznie członkowie rodziny. Zmieniają się zasady uczestniczenia w obrzędach liturgicznych – w mszach świętych, pogrzebach czy ślubach będzie mogło uczestniczyć najwyżej pięć osób. Nie licząc kapłanów prowadzących obrzęd. Również wcześniejsze ograniczenia pozostają w mocy.

Rząd nie widzi potrzeby odgradzania wybranych obszarów kordonem sanitarnym. Jak tłumaczył minister zdrowia, w Polsce nie ma – jak we Włoszech – wyraźnego ogniska epidemicznego. Rząd na razie nie planuje odwoływania egzaminów ósmoklasisty czy maturalnych, a także przesuwania wyborów prezydenckich.

Koronawirus pokazał, że siła gospodarcza państw to za mało, musi być dobra organizacja i zrozumienie społeczne dla podejmowanych działań. Niestety wzrost liczby zachorowań jest znaczący – wskazał wczoraj premier. I powiedział, że zbliżamy się do pułapu 800 zachorowań (w tym 9 potwierdzonych zgonów, według stanu na wczoraj w południe).

Badanie United Surveys dla DGP pokazuje duże obawy Polaków przed koronawirusem. Na tyle, że są w stanie zaakceptować daleko idące obostrzenia. Wynika z niego, że jesteśmy gotowi zgodzić się nawet na ograniczenie poruszania się poza własną miejscowość, podporządkowanie się nakazowi przebywania w domu czy zgodzić się na śledzenie osób w kwarantannie za pomocą aplikacji w telefonach komórkowych.

Ograniczenia w komunikacji publicznej popiera jednak tylko 37 proc. Zapewne spora część przeciwników takiego zakazu to ludzie dojeżdżający do pracy.

Ludzie nie chcą ograniczenia możliwości przemieszczania. Nie chcą być uwięzieni. Akceptacja dla zamknięcia miast czy regionów byłaby ograniczona. Chyba że wzrośnie liczba zgonów – podkreśla Marcin Duma z United Surveys. Podobnie z akceptacją tylko połowy ankietowanych dla przedłużenia zamknięcia szkół czy ograniczeń dotyczących sklepów. To pokazuje, że utrzymanie na dłuższą metę takich zakazów będzie trudniejsze.

Na razie Polacy boją się koronawirusa. Aż 86 proc. już teraz ograniczyło z tego powodu kontakty z bliskimi, a 90 proc. ze znajomymi. – Charakterystyczne, że mniej osób ograniczyło kontakty służbowe, po prostu jest spora grupa ludzi, która musi do pracy pójść, bo nie są w stanie działać zdalnie przez komunikatory internetowe – mówi Duma.

W świetle tych badań oczywiste jest, że już wprowadzone obostrzenia cieszą się poparciem. Akceptacja dla zamknięcia szkół, granic, barów, teatrów czy galerii handlowych jest na poziomie 90 proc. – Na podstawie badania można powiedzieć, że jesteśmy karni i jesteśmy gotowi do dalszego ograniczenia wolności za obietnicę większego bezpieczeństwa – podkreśla Duma. Najmniej stanowcze poparcie jest w przypadku ograniczeń w działaniu centrów handlowych. 65 proc. popiera je bez zastrzeżeń. 23 proc. raczej je popiera.