Inne
Reklama

To miał być tzw. flashmob. Scenariusz każdej zabawy jest zawsze taki sam: grupa ludzi umawia się przez internet. Potem spotkają się w wybranym miejscu i robią coś bezsensownego, np. podskakują przez 30 sekund. Najczęściej celem zabawy jest po prostu zdziwienie przechodniów.

Młodzi słupszczanie umówili się na strzelanie z palców i zabawek w hipermarkecie Real. Spotkali się przed stoiskiem mięsnym. Strzelaninę odegrali zawodowo. Na trzy cztery wyciągnęli palce i zaczęli strzelać do siebie. Krzyczeli: "Bang bang!" Niektórzy mieli plastikowe pistolety. Bawili się trzy minuty. Krótko, ale dobrze. Policjanci twierdzą nawet, że aż za dobrze, bo...

"Tam nikt się nie śmiał. Ludzie myśleli, że to napad. Dlatego nas wezwali. Dzwonili do nas tak klienci, jak i ochrona" - tłumaczy Jacek Bujarski, oficer prasowy słupskiej komendy. "Proszę mi wierzyć, że niektórzy byli naprawdę przerażeni. Ja rozumiem, że młodzież chce się bawić, ale trzeba znać umiar" - dodaje.

Policjanci zatrzymali trzy osoby, ale mówią, że mandat wręczyli tylko jednej z nich. Za co? Za zakłócenie porządku: "Ten mężczyzna się wyróżniał. Nie wiem czym, bo nie było mnie na miejscu, ale wierzę policjantom, że nie został wybrany przypadkowo" - mówi Bujarski.

Ukarany to Piotr Feretycki, jeden z organizatorów strzelaniny.

"Nie wiem, dlaczego wybrano mnie. Pewnie ochrona na mnie pokazała. W każdym razie dwaj zatrzymani ze mną koledzy też dostali po 300 złotych mandatu" - mówi. I już zapowiada, że będzie się odwoływał od tej decyzji. "To nie było zkłócenie porządku. Ludzie nie myśleli że to napad. Śmiali się. Ekspedientki biły nam brawo. Kilku klientów nawet się do nas przyłączyło" - mówi Feretycki.

Mężczyzna nie rozumie, dlaczego policja i ochrona go ukarały.