Gdy w olsztyńskiej izbie wytrzeźwień specjalnie wykalibrowany, atestowany alkomat pokazał wynik - 6,3 promila alkoholu we krwi - pracownicy najpierw przetarli oczy ze zdumienia, a potem... od razu przewieźli pijanego człowieka do szpitala na odtrucie. Dawno już nie widzieli takiego wskazania. Co ciekawe, pacjent był przytomny i usiłował nawet rozmawiać z pracownikami izby. Ci jednak nie mogli zrozumieć jego bełkotu.

Sprytni alkoholicy

"Dawka alkoholu, która zagraża życiu człowieka została podniesiona z trzech do czterech, a nawet 4,5 promili alkoholu we krwi. Ale zdarzają się ludzie, którzy potrafią doprowadzić się do znacznie gorszego stanu" - mówi Błażej Gawroński, dyrektor Miejskiego Zespołu Profilaktyki i Terapii Uzależnień w Olsztynie.

"Życiu mężczyzny nic nie zagraża. Zapewne we wtorek wyjdzie ze szpitala i pewnie, niestety, dalej będzie pił. Nasze doświadczenie pokazuje, że tak nałogowi alkoholicy często specjalnie kręcą się pijani przy izbie wytrzeźwień. Wiedzą, że jak już nie będą mieli siły iść, to ich podniesiemy i się nimi zajmiemy" - dodał Gawroński.

Rekordy wszechczasów

Dyrektor Gawroński ma rację. Wiele osób przekracza dopuszczalne granice. Aż 12,3 promila alkoholu miał 45-letni mężczyzna spod Skierniewic. Pijany wracał do domu, gdy potrącił go samochód. Mężczyzna przeżył. Tak wypadek, jak i trzykrotne przekroczenie śmiertelnej dawki alkoholu.

14,8 promila alkoholu we krwi miał kierowca, który w 1995 roku spowodował wypadek pod Wrocławiem. Zmarł po kilku dniach. Nie z przepicia, ale z powodu obrażeń.

W 1994 roku mieszkaniec Elbląga zapił się na śmierć. Miał 15,9 promila alkoholu we krwi. To niechlubny rekord Polski.