NPW: Są świadkowie, którzy widzeli uderzenie samolotu w brzozę

| Aktualizacja:

Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie posiada dwie ekspertyzy zdjęć satelitarnych lotniska oraz terenów przyległych z okresu przed i po katastrofie smoleńskiej - podaje tvn24.pl.

wróć do artykułu
  • ~demos
    (2013-10-24 16:41)
    Ba, są też świadkowie którzy widzieli wybuchy.
  • ~fizyk
    (2013-10-24 16:42)
    Dobrze że pokazujecie to zdjęcie - tej brzozy na pewno nie ściął samolot, jest złamana a nie ścięta.
  • ~iustus
    (2013-10-24 16:47)
    Il sa warte zeznania jednego swiadka w Rosji? Tyle co jeden telefonz FSB!
    Niech teraz prokuratura pokaze swoje zdjecia satelitarne to porownamy i zobaczymy kto klamie i dlaczego!
  • ~psychiatra Antonio
    (2013-10-24 16:49)
    Świadkowie kłamią !
    Niech żyją "eksperci" Antoniego i ich satelitarne zdięcia !!
    :-) :-) :-) :-) :-) :-) :-) :-) :-) :-) :-) :-) :-) :-) :-) :-) :-) :-) :-) :-) :-) :-)
  • ~taki tam
    (2013-10-24 16:55)
    Rosyjscy świadkowie przeciw zdjęciom...
    Gratulacje dla polskiej prokuratury.
  • ~antek
    (2013-10-24 16:57)
    A dlaczego prokuratura nie wierzy świadkom, którzy widzieli/słyszeli wybuchy?
  • ~Hahaha
    (2013-10-24 16:57)
    Ale, ale, czy ci tzw. świadkowie byli na pewno trzeźwi?
  • ~kolo
    (2013-10-24 16:57)
    co tam Google nie kłamie
  • ~ubi
    (2013-10-24 16:58)
    samolot zaczepił o brzozę na wysokości 5 metrów a potem tak sie przekręcił że wylądował na plecach, jak to możliwe,? jaką rozpiętość mają skrzydła? 2 metry? kto uwierzy w te bajki? chyba tylko czytelnicy wyborczej i widzowie tvn24
  • ~Darek
    (2013-10-24 17:01)
    Są też świadkowie którzy widzieli jak Antoni podkradał Jarkowi - takie małe, żółte , okrągłe.
  • ~Artur
    (2013-10-24 17:02)
    nigdy więcej pisowskiej sekty
  • ~ZbyszekD
    (2013-10-24 17:06)
    Widać wyraźnie, że jest panika, no i towarzysze Rosyjscy (Radziccy)wyszukują świadków u nich za flaszkę wodki można mieć masę świadków na każdą okazję. Ale to też świadczy o ich służbach, aż trzy lata musieli szukać??
  • ~kontestator
    (2013-10-24 17:07)
    Nie wierzę prokuraturze i nie wierzę Laskowi, który po wczorajszej kompromitacji zamilkł. Profesor Cieszewski pokazał jakim ignorantem jest Lasek. Tylko skończony dureń mógł powiedzieć, że samolot przeleciał kilka metrów nad workami śmieci i pozostały one na tym samym miejscu nie ruszone, gdy podmuch z silników odrzutowych jest w stanie zmieść samochód.
  • ~oko
    (2013-10-24 17:07)
    Ta prokuratura jest tak wiarygodna jak TVN24,Ewa Kopacz,Miller i Lasek wstyd ich słuchać i na niech patrzeć ,Kopacz przekopała osobiscie cały teren na 1m głębokości saperka a taki ogromny samolot ważący 110ton nie zrobił nawet bruzdy czy rowu na głebokośc 30cm,Niech prokuratura wyjaśni jak to było możliwe czyżby samolot miał poduszki powietrzne?
  • ~moherowy ninja
    (2013-10-24 17:11)
    taaa, teraz czekamy na wpisy smoleńskich teologów :)
  • ~Władimir
    (2013-10-24 17:11)
    tak tak to takich świadków już historia POznała -to ten sam autorament co to dostał do wyboru albo 2 litra b i m b r u albo kulka w potylicę
  • ~polka
    (2013-10-24 17:12)
    Swiadkowie musza mowic jak kaza inczej LAGIER albo zeslanie n Sybir --NIEMA PRZELEWKi A Prokuratura wojskowa Czy to Polska --obserwujac 3.5 lat to raczej bronia ruskow a nie wyjasiaja Polakom prawdy poprostu sluza dalej sluzy sluzy A nie wyjasnia prawdy kim sa
  • ~Joe Alex
    (2013-10-24 17:14)
    Motto: Antek, dzwoni Władimir Putin, to już koniec.

    Wyjaśniłem katastrofę smoleńską kilka dni po jej zaistnieniu. Po ponad trzech latach to wyjaśnienie jest jak najbardziej aktualne i będzie takim również po 10 i 100 latach. Prosta logika wystarczyła.
    Oto mój raport, wersja 24.10 do wiadomości publicznej.
    Wiemy już ze 10 kwietnia nie było awarii samolotu, nie wybuchła bomba termobaryczna, nie było meaconingu, nie było sztucznej mgły ani rozpylanego helu, feralna brzoza nie była specjalnie zasadzona przez Stalina, nie była też złamana na 5 dni przed katastrofą przez Putina, pilot znał prawidłowe ciśnienie na Siewiernym, nie było ruskiego magnesu, nie było dobijania rannych /przy przeciążeniu 100g w momencie katastrofy nie było żywych do dobijania/. Nie stwierdzono też przestrzelenia sterów samolotu przez Ruskich ani wywrócenia przez ruskie wojsko wraku Tupolewa do góry nogami. Nie było tez 3 rzekomo ocalonych. Wszystkie te tezy /czasami sprzeczne ze sobą/ lansowane przez pisowskie media i polityków w celu ukrycia prawdziwych przyczyn katastrofy i tumanienia ludzi, nie znalazły potwierdzenia w faktach. Był za to DURNONING. A wobec tej przypadłości medycyna jest bezradna.
    Na życzenie Lecha Kaczyńskiego, który miał kłopoty z doświadczonym pilotem TU-154, nazwał go tchórzem, i ścigał go karnie i dyscyplinarnie za niewykonywanie jego poleceń podczas lotu / lot do Gruzji w 2008r/, samolotem dowodził młody, niedoświadczony kapitan. Po incydencie gruzińskim, na wniosek Kancelarii Prezydenta RP, wprowadzono do 36 pułku TAJNĄ INSTRUKCJĘ, że decyzja odejściu na lotnisko zapasowe może zapaść tylko za zgoda głównego pasażera. Gwarantowało to prezydentowi ze będzie bez przeszkód komenderował samolotem. Lechowi Kaczyńskiemu nie byli potrzebni w jego otoczeniu fachowcy ale ludzie bierni, mierni ale wierni /BMW/, również do kierowania samolotem! Na pokładzie nie było rosyjskiego lidera-nawigatora bo zrezygnowała z jego usług strona polska wystosowując formalne pismo do Rosjan że załoga zna rosyjski język i procedury. Nieoficjalnie wiadomo ze minister Szczygło komentował ze Rusek nie będzie mu się pętał po samolocie. Z pewnością trudno tez byłoby nim manipulować. Start zaplanowano na 0600, jednak kancelaria prezydenta, aby się lepiej wyspać, przesunęła go na 0700.
    Kapitan Protasiuk początkowo odmówił startu, gdyż nie otrzymał ze stacji meteorologicznej wymaganej aktualnej prognozy pogody na obszar, ZAMKNIETEGO JUŻ OD PÓŁ ROKU,, PRYMITYWNEGO LOTNISKA POLOWEGO SMOLEŃSK PÓŁNOCNY. Ale cóż znaczy zdanie jakiegoś młodzika, choćby i kapitana samolotu wobec potęgi Lecha Kaczyńskiego i PiS? START BEZ TEJ PROGNOZY WYMUSIŁ DOWÓDCA SIŁ POWIETRZNYCH RP, PROTEGOWANY LECHA KACZYŃSKIEGO/wg klucza BMW/, GEN. BŁASIK i to on a nie dowódca samolotu zameldował prezydentowi o gotowości maszyny do startu. Ostatecznie samolot wystartował o 0727.
    W trakcie lotu, kontroler z lotniska polowego Siewiernyj DWUKROTNIE, ZUPEŁNIE JEDNOZNACZNIE POINFORMOWAŁ ZAŁOGĘ, ŻE Z POWODU GĘSTEJ MGŁY NIE MA WARUNKÓW DO LĄDOWANIA i zasugerował jej udanie się na lotnisko zapasowe. Pilot powinien niezwłocznie to uczynić. Jednak, ZGODNIE Z NOWĄ TAJNA INSTRUKCJĄ, czekał na decyzje prezydenta – głównego fachowca lotniczego na pokładzie samolotu – poinformowanego o sytuacji /pośredniczył dyr. Kazana/. W tym czasie prezydent kontaktował się z bratem Jarosławem, również wielkim ekspertem lotniczym a w dodatku sprawującym niekonstytucyjną funkcję NADPREZYDENTA. Sprawa była poważna bo początek uroczystości w Katyniu i transmisje TV zaplanowano na 0930 i miał to jednocześnie być triumfalny początek kampanii wyborczej Lecha. Z pewnością nie mogła się ona rozpocząć od lądowania na lotnisku zapasowym w Witebsku lub Mińsku u Łukaszenki.
    STRONA POLSKA ODMÓWIŁA KOMISJI MAK UDOSTĘPNIENIA ZAPISU TEJ ROZMOWY BRACI, FAKT TEJ ODMOWY JEST TEMATEM TABU W POLSKICH MEDIACH. KOMISJA MILLERA ZAŚ NIGDY NIE WYSTĄPIŁA O TEN ZAPIS.
    Jaka była decyzja prezydenta możemy wywnioskować po obecności gen. Błasika w kokpicie i po tym ze pilot podjął próbę podejścia do lądowania aby zadowolić Prezydenta, który podejrzewał, że Ruscy kłamią z ta mgłą aby ośmieszyć wyprawę Lecha Kaczyńskiego i utrudnić jego reelekcję. Zresztą co znaczy jakaś głupia ruska mgła wobec potęgi Lecha Kaczyńskiego ? Jego odwagi i niezłomnej woli ?
    Zgoda rosyjskiego kontrolera lotów obejmowała jednak tylko podejście na wysokość decyzji /100m/. Kapitan Protasiuk był jedynym członkiem załogi znającym język rosyjski i w końcowej fazie lotu był nadmiernie obciążony lądując przy niemal zerowej widzialności, prowadząc jednocześnie komunikację słowna z kontrolerem lotu na lotnisku Siewiernyj i zabawiając rozmową gen. Błasika. W rezultacie kpt. Protasiuk schodził ze zbyt dużą prędkością opadania – 8 m/s zamiast 4 m/s – a następnie nie widząc ziemi PRAWDOPODOBNIE chciał odejść na drugi krąg na automacie wciskając przycisk „odejście”. Jednak ten przycisk nie działał na lotnisku polowym bez systemu ILS o czym pilot /a także drugi pilot/ nie wiedział. Pierwszy raz w życiu podchodził do próbnego lądowania w warunkach niemal całkowitej mgły. Po co to robił ? Wiedział, ze jeśli nie podejmie tej próby, będzie ścigany karnie i dyscyplinarnie przez ekipę BMW Lecha Kaczyńskiego.
    W tym momencie samolot znajdował się na wysokości 39 m nad poziomem lotniska a nie 100 m jak fałszywie informował kapitana nawigator mający nalot na TU-154 zaledwie kilkanaście godzin (jeden lot na Haiti i z powrotem). Przyczyną tego błędu było posługiwanie się wysokościomierzem radiowym a nie barycznym. Wszystkie te kardynalne błędy załogi to wynik zaniechania z powodów politycznych /nalegali na to nasi sojusznicy i przyjaciele z USA/ szkolenia pilotów TU-154 na symulatorze w Moskwie przez stronę polska. Kłamliwie tłumaczono to oszczędnościami. Szkoda że nasi troskliwi przyjaciele z USA nie podarowali nam amerykańskiego samolotu nie zafundowali pilotom szkolenia na swoich symulatorach aby zapewnić bezpieczeństwo swoich polskich przyjaciół, którzy tak ich słuchają we wszystkim. Ale to by kosztowało a dobre rady są za darmo. Załoga z niezrozumiałych powodów ignorowała też ostrzeżenia Terrain ahead/Ziemia z przodu/ i instrukcje alarmowa /do natychmiastowego wykonania!/ Pull up !/Ciągnij w górę!/ nadawane automatycznie kilkanaście razy (!), aż do momentu katastrofy, przez system TAWS. SYSTEM TAWS SYGNALIZOWAL NIEBEZPIECZNE OBNIŻENIE PUŁAPU SAMOLOTU, O BOMBIE NIE WSPOMINAŁ. Zapewne jednak ostrzeżeń tego urządzenia nikt nigdy nie słuchał i tak było i tym razem, Niewytłumaczalne, nawigator meldował coraz niższe wysokości samolotu nad ziemią – ostatnia 20 metrów a na załodze również nie robiło to żadnego wrażenia chociaż podobno odchodziła na drugi krąg. Czyżby jednak podchodzili do lądowania jak twierdzi MAK ? Kapitan w żadnym momencie nie poinformował kontrolera lotów czy chce lądować czy odchodzić na drugi krąg. Dopiero zobaczywszy drzewa na kursie, 6 sekund przed katastrofą, kpt. Protasiuk zorientował się że coś tu nie gra i podjął gwałtowną próbę ręcznego poderwania samolotu. Było już jednak za późno. Samolot, co słychać na nagraniach, zaczął szorować kadłubem po koronach drzew /nasi eksperci od nagrań nazwali to „przesuwaniem się przedmiotów”, nie żartuję !/ i w końcu skrzydłem uderzył w brzozę.
    Kontrolerzy z Siewiernego /było ich trzech/ zdawali sobie sprawę z niebezpieczeństwa lecz nie mieli uprawnień aby zamknąć lotnisko przed zagranicznym samolotem z prezydentem na pokładzie. Kontaktowali się ze swoimi przełożonymi ale nie dostali jasnych instrukcji. Rosjanie – i ci w wieży kontrolnej i ci w Moskwie - wiedzieli, że odesłanie samolotu prezydenckiego L.Kaczyńskiego na zapasowe lotnisko, spowodowałoby skandal międzynarodowy – BOHATERSKI POLSKI PREZYDENT, KTÓREMU NIESTRASZNA MGŁA I PRYMITYWNE LOTNISKO, NIEDOPUSZCZONY NA UROCZYSTOŚCI KATYŃSKIE PRZEZ ROSJAN ! Był to zapewne scenariusz zapasowy Lecha i Jarosława Kaczyńskich, zgodnie z którym decyzja o nie lądowaniu na lotnisku Siewiernyj nie mogła wyjść ze strony samolotu. Jednak Rosjanie intuicyjnie nie wpisali się w niego. SAMI ZAŚ KACZYŃSCY NIE MIELI NAJMNIEJSZEGO POJĘCIA O ISTNIEJACYM RYZYKU. Nigdy nie nauczyli się odróżniać samolotu od taksówki a pilota od szofera. Ot, służba jaśniepaństwa po prostu.
    Generalnie zarówno załoga samolotu jak i kontrolerzy mieli do wyboru albo postępować racjonalnie i ponieść konsekwencje służbowe albo poddać się presji zadufanych w sobie ignorantów na najwyższych stanowiskach. Rezultat znamy.

    Po katastrofie prezes i dożywotni właściciel PiS, a także były już nadprezydent Jarosław Kaczynski używa wszelkich wpływów zamazać wymowę oczywistych faktów i narzucić opinii publicznej kłamliwą wersję o spisku Tuska z Putinem i męczeńskiej śmierci prezydenta. Spisek, zwłaszcza ruski, dodaje powagi i sensu tym śmierciom, a brak szkoleń załóg na rosyjskim symulatorze w Moskwie z powodu zakazu z USA, brak doświadczenia i elementarne błędy załogi dobranej wg klucza BMW, niekompetencja i bezprawne naciski polskiego prezydenta, który nie miał zielonego pojęcia na co naraża siebie i innych, ujmują tej powagi i podkreślają że śmierć tych ludzi była bezsensowna. Gra PiSu toczy sie o odwrócenie uwagi od kompromitujących braci rzeczywistych przyczyn katastrofy i o nadanie rysu heroizmu śmierci Lecha Kaczyńskiego /poległ w historycznym Katyniu, z rąk Sowietów skumanych z Tuskiem!/, co wraz z Wawelem ma położyć podwaliny jego przyszłej legendy bohatera narodowego. Jeżeli fakty na to nie pozwalają to tym gorzej dla faktów. Dobrym przykładem jest tu raport A.Maciarewicza i jego pozbieranych za oceanem pseudoekspertów, który nie ma nic wspólnego z prawdą a jest bezwstydnie propagowany przez PiS. Fałszywe zdjęcia, fałszywe symulacje, blefy i manipulacje. Obrzydliwe ? Amoralne ? Tak ! Ci ludzie nie maja nawet krzty elementarnej przyzwoitości.
    Dodajmy, że razem z prezydentem zginęło 95 innych osób, którzy byli nieświadomymi ofiarami tragicznej w skutkach szarży braci Kaczyńskich na ruską mgłę.
  • ~XCG
    (2013-10-24 17:18)
    Prof. Chris Cieszewski z University of Georgia w czasie specjalnego posiedzenia zespołu parlamentarnego badającego katastrofę smoleńską szczegółowo przedstawił swój referat dotyczący położenia i czasu złamania brzozy, o którą 10 kwietnia, według oficjalnej wersji, miał zahaczyć TU-154M.

    Na początku posiedzenia Antoni Macierewicz podkreślił, ze Chris Cieszewski nie jest doradą zespołu parlamentarnego, ale bierze udział w Konferencji Smoleńskiej i w innych konferencjach naukowych w USA prezentując wyniki swoich badań, nie angażując się w jakikolwiek sposób w problematykę polityczną:


    Szczególnym przedmiotem jego zainteresowania jest analiza zdjęć satelitarnych i zmian we florze w tamtym regionie. Dla nas te badania mają szczególne znaczenie ze względu na ich rangę naukową, jak i faktografię, którą ujawniają.

    Zwracamy uwagę na solidność warsztatu naukowego i mamy świadomość, że te wyniki, do jakich doszedł pan prof. Chris Cieszewski i jego zespół naukowców, są przedmiotem dyskusji naukowej, bez względu na stanowisko mediów i polityków.

    Mówię o tym dlatego, by mieć świadomość, że wszyscy wypowiadający się w tej kwestii muszą wziąć pod uwagę naukowy charakter tych badań.

    Sam Cieszewski rozpoczął od kilku zastrzeżeń:


    Nie jestem tu z powodu zainteresowania politycznego. Zgodziłem się to zrobić jako przysługę, by wszyscy mogli mieć szansę zrozumieć metodę i wyniki moich badań - jak je zweryfikować i ewentualnie poprawić. Jako profesor uniwersytetu zajmuję się badaniami, a nie parlamentarnymi posiedzeniami czy mediami.

    Chciałem być pomocny i udzielić kilku wywiadów. Jestem najbardziej wdzięczny telewizji Polsat, która zaprosiła mnie na wywiad, podczas którego zostałem oświecony, a wręcz zszokowany tym, że wszystkie te historie zasłyszane wcześniej, traktowane przeze mnie za przesadzone i histeryczne, są prawdziwe. I rzeczywiście w porównaniu ze Stanami Zjednoczonymi i innymi krajami, w których bywałem, polskie media są nieetyczne, kłamliwe i niekulturalne. Nie będę już zatem udzielał wywiadów polskim mediom.

    Nie reprezentuję Uniwersytetu w Georgii, ale występuję jako naukowiec, który zajmował się tymi badaniami.

    Chciałbym też zastrzec, że od ponad 30 lat w mojej karierze naukowej posługuję się językiem angielskim, polski nie jest moim językiem zawodowym. (...) To, co mówię po polsku, może zawierać błędy językowe, mogę używać złych terminy. Dlatego jeśli ktoś zechce porozmawiać w sposób techniczny, ścisły, będziemy rozmawiać po angielsku.

    Przypomniał, ze swoją prezentację przedstawił dotychczas na dwóch konferencjach – w Luizjanie, ze specjalistami w dziedzinie badania drzew i analizy zdjęć satelitarnych - i na Konferencji Smoleńskiej w Warszawie w poniedziałek.

    Dodał, że po warszawskiej konferencji spotkał się z uwagami ze strony kilku osób, m.in. jednego z ekspertów zespołu parlamentarnego inż Marka Dąbrowskiego.


    Pan Dąbrowski jest szalenie utalentowaną osobą pod względem nauk technicznych. Co ciekawe, oryginalne badania były w pewnym stopniu zainspirowane przez zdjęcie, które dostałem waśnie od niego. Pytał mnie, dlaczego niektóre małe brzozy miały na zdjęciach jakby cieknące soki. Rzeczywiście ten gatunek brzozy tym się charakteryzuje - obfitymi soki. I na zdjęciach było to widać.

    Zafrasowało mnie to, że ta duża brzoza była sucha w tym samym czasie. Pytanie brzmiało, czy było to świeże złamanie czy takie, które miało czas się zagoić.

    I przedstawił chronologię swojej pracy:


    Na początku próbowaliśmy znaleźć brzozę poprzez wpatrywanie się w zdjęcia i szukanie, gdzie ona może być. Wzięliśmy z oficjalnych raportów MAK, Millera i Wikipedii współrzędne GPS i umieściliśmy je na mapie. Nigdzie nie było widać, według tych współrzędnych żadnego drzewa. Te pomiary mogły być dokonane przy pomocy instrumentów mających zawierających jakiś błąd. Zostały więc wprowadzone do raportów bez weryfikacji.

    Skoro komisje te nie były w stanie zmierzyć jednoznacznie wysokości pnia i jego grubości, byłoby nierealistyczne oczekiwać, że zrobiły dokładne pomiary GPS – dużo trudniejsze niż użycie taśmy do mierzenia.

    Aby jednoznacznie ustalić współrzędne – co było trudnym zadaniem bez mapy, bez możliwości bezpośredniego zmierzenia drzewa – chcieliśmy za pomocą symulacji wizualnej zdefiniować to, czego szukamy.

    Wykorzystaliśmy zdjęcia z paralotni w filmu „Anatomia upadku”, które stały się kluczowe do zidentyfikowania brzozy.

    Przerobiliśmy zdjęcie na czarno-białe i zredukowaliśmy jego rozdzielczość.

    Każdy może to zrobić w prostym programie, jak np. Microsoft Paint.

    Najpierw postanowiliśmy ustalić geograficzną pozycję drzewa. Jeżeli ta pozycja jest właściwa, w granicach dopuszczalnego błędu, można zacząć analizę sygnału zwróconego przez satelitę.

    Profesor wskazał to samo miejsce – konar na zdjęciu z filmu i na mocno "rozpikslowanym" zdjęciu satelitarnym. Zaznaczył:


    Zrobiliśmy mnóstwo zdjęć pod wieloma kątami, co nie było proste, bo stojąca tam buda (barak na działce Nikołaja Bodina - przyp. red.) jest nierówna, dach pochyla się w różne strony.

    Najważniejszym pomiarem okazała się odległość pnia od narożnika tej budy.

    Dalej przedstawił obliczenia odległości między głównym przecięciem wierzchołka stojącego pnia (nie podstawy brzozy) do narożnika budy. Jak wskazał, można było oczekiwać, że to będzie wskazane przez satelitę.


    Okazało się, ze naziemne zdjęcia – od dr. Muszyńskiego i wiele dostępnych w internecie, dały możliwość różnych pomiarów - wahały się od ok. 10 m do ok. 11 m.

    Gdyby były zrobione jedną kamerą przez jedną osobę, można byłoby założyć, ze najdłuższy pomiar jest najdokładniejszy. Jako, że były robione z różnych odległości, z różnymi ogniskowymi i nie wiadomo, co kto robił z tymi zdjęciami, wzięliśmy wiele pomiarów i uśredniliśmy je przyjmując odległość 10,5 metra.

    Na podstawie tego pomiaru wykonaliśmy mapę, według której można było znaleźć drzewo.


    Kalibrację robiliśmy w RGIS, by każdy mógł to wykonać samodzielnie. Dlatego prezentuję to w darmowym programie Sketch Up.

    Wyznaczyliśmy złamaną część pnia i odległość od budy.

    Marek Dąbrowski miał wątpliwości odnośnie ewentualnych moich błędów. Ta definicja zakłada, że to rzut pionowy, czyli paralotnia robiła zdjęcia z góry na drzewo.

    Dlatego, że korona jest blisko-symetryczna, widać było, że odchylenie od pionu może być mniejsze niż samo odchylenie pnia – ok. pół metra.

    Gdybyśmy założyli, że tu był błąd, że było odchylenie, wtedy pozycja głównego pionu byłaby przesunięta na północ.

    Następnie prof. Cieszewski bardzo szczegółowo wytłumaczył, jak za pomocą zdjęć satelitarnych zdefiniowano szablon wykorzystywany przy analizie kolejnych zdjęć, czyli zestaw linii określających budę Bodina, pień drzewa i powaloną część korony i odległości między tymi punktami.

    Dodał, że posiadając już zdjęcia z Google Earth z 11 i 12 kwietnia, dokupił fotografie z 5 kwietnia, a także jeszczde wcześniejsze - z 26 stycznia 2010 r.

    Porównał szablon z najdokładniejszym zdjęciem satelitarnym – z 12 kwietnia.


    Trudno precyzyjniej zdefiniować, gdzie jest to drzewo, tym bardziej, że polska i rosyjska komisja nie dogadały się co do współrzędnych i mają je w innych miejscach.

    Szablon nałożył na zdjęcie satelitarne – przykładając do budy względem północnego narożnika.

    Odniósł się też do swoich krytyków, którzy zarzucali mu pomylenie drzewa ze stertą śmieci, które miały być na zdjęciach w dokładnie tym samym miejscu 5, 11 i 12 kwietnia.


    Szczerze mówiąc uważałbym taką sytuację za dowód na to, że samolot nie mógł tam przelecieć. Samolot, który ma 40 m rozpiętości skrzydeł, niemal 50 m długości, niemal 100 ton wagi, leci z prędkością ok. 80 m/s leci, nie tylko spaliłby te śmieci, ale wszystkie je porozrzucał. Samolot przelatujący na takiej wysokości, byłby w stanie przewrócić samochód, a co dopiero woreczki ze śmieciami.

    Profesor dodał, że rozpoznawanie drzew na satelitarnych zdjęciach jest w centrum jego zainteresowań i jest niezwykle przydatne do szacowania szkód huraganów itd. Zaznaczył też, że interesują go wszystkie nowości w tej dziedzinie.


    Są różne możliwości teoretyczne, że coś tu nie gra. My nie widzimy takiego błędu, ale będziemy wdzięczni, jeśli ktoś nam go wskaże. Nie bardzo widzę możliwości poprawienia tego, co żeśmy zrobili według danych, które są dostępne.

    Następnie porównał zdjęcia z 11 i 12 kwietnia ze styczniowym. Podstawą tej metody jest precyzyjne ustalenie lokacji w stosunku do wielu punktów odniesienia. I ostatecznie pokazał interesujący fragment terenu – z powalonym drzewem z 5 kwietnia. Tylko na zdjęciu z 26 stycznia ten element wyglądał inaczej.

    Jego prezentacja nie wzbudziła wątpliwości nikogo na sali, również dziennikarzy, którzy zwykle na posiedzeniach zespołu parlamentarnego są dość aktywni.

    W czasie dyskusji ponownie odniósł się do postawy polskich mediów, z którymi miał styczność w ostatnich dniach:


    To surrealistyczne. Ich poziom, poziom groteskowy, który bym porównał do kreskówek, ale nie Bolka i Lolka czy Gąski Balbinki, ale japońskich krzykaczy. Te wszystkie jatki, poziom nienawiści, złości jest chorobliwy. Ludzie, którzy to stosują, nie zdają sobie sprawy, że to może standard w ich pracy, ale nie na poziomie międzynarodowym. Szalenie nad tym ubolewam.

    Prezentacja prof. Cieszewskiego wyglądała profesjonalnie i przekonująco. Dopóki nie zostanie z naukowych pozycji podważona, trudno uznać ją za niewiarygodną.
  • ~ajron1960
    (2013-10-24 17:18)
    Byli też świadkowie w sprawie smierci Przemyka zeznający, że lekarka i pielęgniarz doprowadzili go do śmierci.