W wielu samorządach trwa właśnie powyborcze przeciąganie liny między radnymi, prezydentami lub burmistrzami miast i prywatnymi firmami, które stają do przetargów na zagospodarowanie odpadów na nadchodzący rok. O konsensus trudno, bo interesy wszystkich są bardzo rozbieżne.
Sęk w tym, że impas pomiędzy samorządowcami, którzy zapisali w budżetach nieadekwatne kwoty i muszą teraz kilkukrotnie ogłaszać przetargi, a firmami żądającymi wyższych opłat nie będzie mógł trwać wiecznie. A jak przekonują eksperci – niezależnie od przyjętego rozwiązania – pomysły utrzymania stawek na dotychczasowym poziomie i tak trzeba będzie ostatecznie włożyć między bajki. Dlaczego? System jest bowiem niedofinansowany od lat i nie utrzyma się tak dłużej, zwłaszcza w obliczu coraz ambitniejszych celów recyklingu, które stawia nam UE.

Tanio za wszelką cenę

Reklama
Kością niezgody są dziś przede wszystkim ceny zgłaszane w przetargach – dużo wyższe niż w ubiegłym roku (o kilkadziesiąt procent) i drastycznie wyższe w porównaniu do np. 2013 r. (o kilkaset procent). Szkopuł w tym, że w wielu gminach koszty gospodarki odpadami zatrzymały się na tym drugim poziomie i nie drgnęły od lat.
Reklama
– W wielu gminach, zwłaszcza w roku przedwyborczym, wysokością stawki opłaty rządziła dogmatyczna polityka, a nie ekonomia – komentuje Karol Wójcik, ekspert Związku Pracodawców Gospodarki Odpadami (ZPGO).
Krótkowzroczność niektórych samorządów to tylko jedna odsłona problemu. Przyczyny wzrostu kosztów gospodarki odpadami mają też swoje zewnętrzne – niezależne od woli włodarzy – źródła. Problemem jest bowiem nie tylko wzrost opłat marszałkowskich, ale i nadpodaż odpadów, które do tej pory były m.in. wysyłane do utylizacji w Chinach.
Efekt jest taki, że zyski ze sprzedaży surowców wtórnych nie pokrywają już kosztów ich selektywnej zbiórki. – Część regionalnych instalacji przetwarzania odpadów komunalnych (RIPOK) z uwagi na podpisane wcześniej umowy przetargowe (np. trzyletnie) notuje dziś straty i musi szukać innych źródeł finansowania, np. poprzez podwyżkę cen za przyjmowanie do przetwarzania odpadów zmieszanych – wyjaśnia Ewa Rakowska, dyrektor biura Krajowej Izby Gospodarki Odpadami (KIGO).

Dwie drogi

Samorządy, które próbują teraz utrzymać stawki na niezmienionym poziomie, czekają dwa najbardziej prawdopodobne scenariusze. Pierwszy jest taki, że część gmin zrezygnuje z usług prywatnych firm i powierzy gospodarkę komunalną własnym spółkom na zasadach in-house w nadziei, że uda im się dzięki temu ograniczyć koszty.
Zdaniem ekspertów jest to jednak mrzonka. Jak bowiem zauważa Bernhard Skiba, ekspert od gospodarki odpadami z East Europe Consulting Company (EECC), dobrze funkcjonujący in-house wymaga zatrudnienia dobrych fachowców. – A w Polsce nie spotkałem ich wielu i nie jestem pewien, czy wynagrodzenia oferowane przez gminy zachęciłyby te osoby do współpracy z nimi – mówi ekspert.
Wtóruje mu Karol Wójcik. Przekonuje, że spółki prawa handlowego, nawet te gminne, nie mogą być nastawione na stratę, lecz na zysk. A działają one w tej samej rzeczywistości prawnej i finansowej co spółki prywatne – zauważa.
Alternatywnym rozwiązaniem jest to, że samorządy będą po prostu rezygnować z części swoich inwestycji i zdecydują się dopłacać do systemu, co – choć jest niezgodne z przepisami – to w praktyce nie było do tej pory realnie egzekwowane przez regionalne izby obrachunkowe.
– Zgodnie z art. 6r ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach opłata pobierana od mieszkańców musi odzwierciedlać realne koszty gospodarki komunalnej. Innymi słowy, dokładanie pieniędzy z innych źródeł, np. kosztem gminnych inwestycji, nie jest zgodne z prawem – wskazuje Wójcik.

Podwyżki albo upadłość

Przed tym ostatnim dylematem stali radni Rudy Śląskiej, którzy na ostatniej nadzwyczajnej sesji zaprotestowali przeciwko postulowanym podwyżkom. Za wzrostem cen (z 14,5 do 21,7 zł za śmieci segregowane i z 29 zł do 43,4 zł za niesegregowane od osoby) optował prezydent, który przekonywał, że inaczej system się nie zbilansuje.
Radni odrzucili jednak propozycje firmy, która jako jedyna zgłosiła się do przetargu, co jak tłumaczy Krzysztof Mejer, wiceprezydent Rudy Śląskiej, może teraz odbić się na sytuacji finansowej gminy. W praktyce, żeby stawki pozostały na tym samym poziomie, trzeba będzie dołożyć ok. 14 mln zł kosztem innych zadań fakultatywnych – twierdzi.
W jeszcze trudniejszym położeniu znajduje się teraz 37 gmin z województwa warmińsko-mazurskiego, które obsługiwał do tej pory Zakład Gospodarki Odpadami Komunalnym w Olsztynie (ZGOK). Czekałaby je podwyżka opłat o 43 proc., bo zgodnie z propozycją ZGOK od początku 2019 r. taryfa za tonę śmieci wynosiłaby już nie 300, a 428 zł.
Każda niższa podwyżka jest odsunięciem problemu w czasie, bo jeżeli cena za tonę śmieci zmieszanych będzie nadal wynosiła 300 zł, to już 13 lutego ZGOK straci płynność finansową, a to będzie przesłanką do ogłoszenia upadłości – wskazuje Paweł Gęsicki, rzecznik prasowy spółki.
Już 27 grudnia rozstrzygnie się, czy samorządowcy przystaną na te propozycje. Na ten dzień zaplanowano trzecie już walne zgromadzenie wspólników ZGOK i głosowanie nad podwyżkami, co dwa razy skończyło się odrzuceniem propozycji władz spółki.
Co w razie trzeciego weta samorządowców? W fatalistycznym scenariuszu upadku ZGOK gminy będą musiały wozić śmieci do innych instalacji niż te, które do tej pory obsługiwał zakład. A to jeszcze większy wzrost kosztów. Chyba że zaakceptują zalegające na ulicach hałdy śmieci, które będą się piętrzyć z każdym kolejnym tygodniem.