"Przyjąłem zaproszenie pana Andrzeja Leppera do udziału w wyborach. Dziękuję, panie premierze. Daje mi pan prawo, które odebrali mi moi niedawni przyjaciele i koledzy" - od tych słów Miller zaczął wystąpienie, w którym wyliczał swoje zasługi dla Łodzi. Były premier dodał, że chce teraz zapytać łodzian, czy może im jeszcze być przydatny w rozwiązywaniu ich problemów.

Przyznał jednak, że nie wie, jak jego dotyczasowi wyborcy zareagują na zmianę barw. Zapowiedział, że nie wstępuje do partii Leppera, ale tworzy nowe ugrupowanie. "Zbudujemy formację, która nie będzie czynić z lewicy pośmiewiska" - zapowiedział były premier. I dodał, że koalicja Lewica i Demokraci, która nie chciała go na swoich listach, została utworzona na podstawie "odgórnej decyzji grupy towarzysko-politycznej".

"Polska Lewica rodzi się spontanicznie z odruchu rozumu i potrzeby serca. Ma to być partia, która nie będzie wiecznie przepraszać i szukać usprawiedliwienia dla swego istnienia" - mówił Miller. "Chcę powiedzieć ludziom: nie musicie się wstydzić własnych życiorysów. Pracowaliście dla legalnego państwa, a obecni szaleńcy chcą to państwo zdelegalizować" - tłumaczył.

Były premier podał też osobisty powód walki o fotel posła. Zapowiedział, że będzie się starał o powołanie komisji śledczej na temat okoliczności śmierci Barbary Blidy. "Wolała się zabić, niż uczestniczyć w scenariuszu napisanym dla niej przez ludzi bez serca" - mówił Miller, uderzając w emocjonalny ton. "Chcę w tej komisji stanąć oko w oko z panem ministrem Zbigniewem Ziobrą, aby wyrwać mu ukrywaną przez niego prawdę, aby nie mógł już więcej mataczyć" - zapowiedział.

Miller przypomniał też swoje słynne zdanie o tym, że "prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy". "Jeszcze nie skończyłem" - powiedział.

O tym, że Leszek Miller zamierza startować do Sejmu z list Samoobrony, mówiło się już kilka dni temu. Jednak ani były premier, ani nikt z partii Leppera nie chciał tego potwierdzić - aż do dziś.