Podczas piątkowej rozprawy w procesie ws. zabójstwa byłego premiera PRL Piotra Jaroszewicza i jego małżonki w warszawskim Aninie w 1992 r. na pytania sądu odpowiadał Marcin B. jeden z oskarżonych, członek tzw. gangu karateków. Mężczyzna szczegółowo relacjonował przebieg napadu na dom byłego premiera. Z jego wyjaśnień wynika, że przestępcy bardzo dobrze przygotowali się do ataku. Dom Jaroszewiczów był wcześniej wielokrotnie obserwowany. W dniu napadu mężczyźni założyli kominiarki, specjalne kombinezony, po dwie pary rękawiczek i trampki utrudniające późniejszą identyfikację.

Reklama

Jak powiedział, to współoskarżony Robert S. dokładnie zaplanował napad i nim kierował. Podczas napadu polecenia na bieżąco wydawał Robert S. Mówił mi, co mam robić i to robiłem – powiedział w piątek oskarżony. Wskazał też, że to Robert S. udusił paskiem Piotra Jaroszewicza, a potem zabił żonę b. premiera. Odwróciłem się przez prawe ramię (…) stwierdziłem z przerażeniem, że Robert S. dusi pana Jaroszewicza jakimś paskiem. Doznałem szoku, bo znałem S. wiele lat i nigdy bym się po nim nie spodziewał takiego zachowania - wskazał.

B. dodał, że przestraszył się zachowania współsprawcy. Bałem się zareagować, żeby mnie nie zrobił jakiejś krzywdy. (…) Ja nie miałem zamiaru pomagać Robertowi S. w zabójstwie pana Jaroszewicza. (…) Miałem tylko przywiązać rękę pana Jaroszewicza do fotela - zapewniał. Oskarżony powiedział też, że w domu Jaroszewiczów sprawcy przebywali ponad sześć godzin. Jak wyjaśnił, byli tam tak długo, ponieważ dopiero rano mieli pociąg powrotny do Warszawy. Zapewnił też, że nie dostał swojej części łupu, bo Robert S. ukrył skradzione kosztowności w lesie z obawy przed identyfikacją.

Jeszcze przed odpowiadaniem na pytania oskarżony Marcin B. zwrócił się do obecnego na sali sądowej syna zamordowanego małżeństwa. Chciałem przeprosić rodzinę państwa Jaroszewiczów za to, co się stało. Przepraszam – powiedział oskarżony. Po rozprawie syn ofiar Andrzej Jaroszewicz powiedział PAP, że przeprosiny oskarżonego nic dla niego nie znaczą. To jest takie działanie na wybielenie własnej osoby. Nie wiem, czy to jest szczerze powiedziane. To są bezwzględni ludzie - zaznaczył Jaroszewicz. Dodał, że nie wierzy w wyjaśnienia składane przez oskarżonego.

Proces oskarżonych o zabójstwo małżeństwa Jaroszewiczów ruszył w połowie sierpnia br. Sąd odebrał już wyjaśnienia od oskarżonego Roberta S. i przeszedł do zadawania pytań Marcinowi B. Na ławie oskarżonych zasiada jeszcze Dariusz S. Wszyscy oskarżeni to członkowie tzw. gangu karateków, który w latach 90. dokonał kilkudziesięciu wyjątkowo brutalnych napadów rabunkowych w całej Polsce.

Prokuratura oskarżyła ich o napad rabunkowy na posesję Piotra Jaroszewicza i jego żony Alicji w warszawskim Aninie w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1992 r., podczas którego mieli wspólnie zamordować Piotra Jaroszewicza, zaś Robert S. miał zabić Alicję Solską-Jaroszewicz. Robertowi S. zarzucono również zabójstwo małżeństwa S. w 1991 r. w Gdyni oraz usiłowanie zabójstwa mężczyzny w Izabelinie w 1993 r. Grozi im kara dożywotniego pozbawienia wolności.

Według prokuratury, w dniu napadu oskarżeni przez wiele godzin obserwowali posesję ofiar. Po wejściu do domu Jaroszewiczów przez uchylone okno łazienki Robert S. obezwładnił Piotra Jaroszewicza uderzeniem w tył głowy znalezioną bronią palną. Oskarżeni przywiązali mężczyznę do fotela. Z kolei Alicja Solska–Jaroszewicz została skrępowana i położona na podłodze w łazience. Oskarżeni przeszukali dom, zabrali z niego 5 tys. marek niemieckich, 5 złotych monet, dwa pistolety oraz damski zegarek.

Prawdopodobnie w momencie opuszczania przez sprawców domu pokrzywdzonych, już w godzinach wczesnoporannych, Piotr Jaroszewicz wyswobodził się z więzów. Napastnicy znów posadzili go w fotelu. Następnie, gdy dwaj sprawcy trzymali go za ręce, Robert S. go udusił. Po zamordowaniu Piotra Jaroszewicza Robert S. zabrał z gabinetu pokrzywdzonego jego sztucer, poszedł do łazienki, w której leżała związana Alicja Solska-Jaroszewicz i ją zastrzelił.