Polska Agencja Prasowa: Dlaczego Tadeusz Kościuszko w 1776 r. zdecydował się na wyjazd do Ameryki? Była to „emigracja ideowa” czy raczej „emigracja zarobkowa”?

Reklama

Wojciech Kalwat: O wyjeździe za ocean zdecydowało kilka czynników. Armia Rzeczypospolitej nie była w stanie dać Kościuszce odpowiedniego zajęcia. Była bardzo nieliczna, a zakup patentu oficerskiego był kosztowny. Ale głównym powodem była nieszczęśliwa miłość do Ludwiki Sosnkowskiej i zachowanie jej ojca. Kościuszko przez całe życie był sentymentalny i nie mogąc zawrzeć małżeństwa, wyjechał z kraju. Ruszył do Saksonii, by tam szukać miejsca w tamtejszej armii, a stamtąd do Paryża. Słyszał o walce o wolność amerykańskich kolonii przeciwko brytyjskiej metropolii. Postanowił się do niej przyłączyć.

Był w pełnym tego słowa znaczeniu człowiekiem oświecenia. Słowo „wolność” miało dla niego różnorakie znaczenia i konotacje. Długa republikańska tradycja wolności w Rzeczypospolitej w jego myśleniu łączyła się z nowoczesnym pojmowaniem tego pojęcia. Ostatecznie to połączenie wykrystalizuje się prawdopodobnie w Ameryce i Kościuszko do końca życia będzie trwał przy swoich republikańskich poglądach.

Młody inżynier, w zasadzie bez doświadczenia, dotarł do Ameryki i zaoferował swoje usługi rodzącej się republice. Spytany o rekomendacje odpowiedział, że żadnych nie posiada, ale chciałby złożyć „examen” ze swojej przydatności. Szybko okazało się, że zdał go doskonale. Trafił na dobry dla siebie moment wojny o niepodległość. Armia Kontynentalna nie miała inżynierów. Ówczesne bitwy były prowadzone w bardzo przemyślany i zaplanowany sposób. Armia miała maszerować od magazynu do magazynu, liczyły się obliczenia i systematyka działania. W Ameryce zaś wojna była prowadzona w sposób improwizowany – zwłaszcza po stronie amerykańskiej.

Kościuszko połączył w sobie cechy precyzyjnego europejskiego oficera i dobrego inżyniera oraz ducha amerykańskiej inicjatywy i dawania sobie rady w każdej sytuacji. Tych samych umiejętności używał Kościuszko w czasie swojej późniejszej walki o niepodległość Rzeczypospolitej.

W Ameryce Kościuszko zajął się budową ważnych dla losów wojny umocnień – m.in. fortyfikacji Filadelfii, fortów Ticonderogi, umocnień pod Saratogą, gdzie Amerykanie odnieśli pierwsze większe zwycięstwo nad Brytyjczykami, czy West Point. Do dziś w obecnej Akademii West Point zachowało się około trzydziestu obiektów związanych z nazwiskiem Kościuszki. Budowane przez niego umocnienia były niezwykle nowoczesne. Ich celem było przecięcie strategicznej rzeki Hudson. Jeśli Hudson zostałaby opanowana przez Brytyjczyków, to rozcięłaby siły amerykańskie na dwie części i stałyby się one dużo łatwiejszym celem. Wyjątkowość West Point polega na charakterze jej umocnień. Składały się z redut i fortyfikacji rozrzuconych w terenie. Ich celem było krycie innych redut ogniem. W tym czasie dominowały innego typu fortyfikacje. Kościuszko był więc innowatorem. Ten sposób wznoszenia fortyfikacji stanie się powszechny dopiero po kilkudziesięciu latach.

PAP: W jaki sposób dostał się na szczyt rodzącej się elity amerykańskiej i udało mu się zawrzeć znajomość z takimi postaciami jak Thomas Jefferson?

Wojciech Kalwat: Dotarł do Ameryki, praktycznie nie znając angielskiego. Musiał nauczyć się tego języka, więc dotarcie do przedstawicieli amerykańskiej elity nieco trwało. Jej względy zaskarbił sobie m.in. niesamowitą uczciwością. Nie pobierał pensji, odmówił jej przyjmowania. W tamtych czasach był to gest wyjątkowy, zwłaszcza że był człowiekiem niezamożnym. Ówcześni podkreślali również jego skromność i wytrwałość. Uważano też, że zupełnie nie dba o swoją sławę.

Z elitą amerykańską łączyły go także wyznawane wartości. Nieprzypadkowo zaprzyjaźnił się z tymi, którzy uważali, że „wszyscy ludzie są braćmi”. Taki pogląd wyrażał później, w czasie Insurekcji, gdy do swoich oficerów mówił: „Dla mnie wszyscy jednacy”, czyli chłopi, mieszczanie, księża, Żydzi i szlachta.

Dla jego losów wielką rolę odegrała również wspomniana już fachowość. Znalazł się w odpowiednim miejscu i czasie. Jeśli człowiek dokonuje wielkich czynów, to jego sława zaczyna kroczyć przed nim. W jednym z listów Jerzy Waszyngton pisał o „jakimś francuskim oficerze”. Był nim Kościuszko, bo mówił po francusku, a nie angielsku. Wódz Armii Kontynentalnej wspominał, że jego zasługą jest świetne ufortyfikowanie Filadelfii. Ta opinia otworzyła mu „drogę na salony”. Jego dowódca i przyjaciel gen. Horatio Gates komplementował fachowość i dokonania Kościuszki. Wejście do amerykańskiej elity nastąpiło więc w sposób naturalny. Świadczyły o nim czyny i poglądy podobne tym, jakim hołdowali ojcowie założyciele.

PAP: „Prosiłem pana Jeffersona, żeby w razie mojej śmierci, bez wyrażenia ostatniej woli lub testamentu, wykupił za moje pieniądze tylu Murzynów i uwolnił ich, aby pozostała suma wystarczyła na zapewnienie im wykształcenia i utrzymania. Każdy z nich powinien przedtem poznać obowiązek obywatela w wolnym państwie […]” – stwierdzał Kościuszko w notatce z 1798 r. Na ile ten „emancypacyjny” aspekt jego biografii był decydujący dla jego legendy?

Wojciech Kalwat: Mamy kilka aspektów pamięci o Tadeuszu Kościuszce. Pierwszy z nich to pamięć bezpośrednia. Po wyjściu z carskiej niewoli dotarł do USA i był fetowany jako ten, który przyjaźnił się z ojcami założycielami i walczył o niepodległość dwóch narodów. Głównie był jednak pamiętany jako bohater amerykańskiej wojny o niepodległość. W latach dwudziestych i trzydziestych XIX wieku wymarło pokolenie pamiętające Kościuszkę i wojnę o niepodległość. W tym czasie pojawiła się nowa interpretacja jego biografii. Zaczął być postrzegany jako „rycerz bez skazy”, który walczy o wolność Ameryki, ale także swojej pierwszej ojczyzny, czyli Rzeczypospolitej. Już w tym czasie zaczął pojawiać się również egalitarny wątek jego biografii. Kamerdynerem Kościuszki był czarnoskóry Agrippa Hull, który opowiadał mu o losie amerykańskich Murzynów. Kościuszko dokonał swego rodzaju porównania, przekładając ich los na los polskich chłopów pańszczyźnianych. Porównanie to odniósł także do rdzennych mieszkańców Ameryki. To podejście sprawiło, że jego testament był w latach dwudziestych upowszechniany przez zwolenników ruchu abolicjonistycznego.

Dużo głośniej o jego słowach było w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, czyli okresie poprzedzającym wojnę secesyjną i w jej trakcie. Pojawiały się opinie, że wola Kościuszki była niezwykle przemyślana, ponieważ dawała środki na wykształcenie niewolników, a wykonawcą tej woli ustanawiał Jeffersona. Gdyby jego przyjaciel wypełnił jego wolę, stanowiłoby to ważny precedens. Dlatego wówczas środowiska walczące z niewolnictwem podchodziły do Kościuszki z dużym respektem.

Także w Polsce wiele różnych środowisk odwoływało się do jego postaci. Stronnictwa chłopskie pamiętały jego zasługi dla ich wyzwolenia z pańszczyzny. Wszystkie stronnictwa niepodległościowe szanowały go za walkę o niepodległość. Komuniści w okresie PRL za stanie po stronie chłopów. Co równie istotne, był rewolucjonistą, ale umiarkowanym. Był raczej człowiekiem łagodnym, bo taki był rys jego charakteru.

Reklama

W kontekście dzisiejszego zdewastowania waszyngtońskiego pomnika Kościuszki warto wspomnieć, że gdy go odsłaniano w 1910 r., jedna z gazet wydawanych przez czarnoskórych podkreślała, że przechodząc obok niego, czarnoskórzy powinni zdejmować kapelusze. Uważano, że jest to ukłon wobec wizji świata Kościuszki. W tym samym czasie Kościuszko stawał się symbolem Polonii w USA. Dlatego wznoszono kolejne pomniki i pisano książki poświęcone jego postaci. Staje się ważny również w okresie I wojny światowej, kiedy działający na rzecz sprawy polskiej Ignacy Jan Paderewski uwzględniał jego postać w każdym swoim przemówieniu. Mówił: „My, Polacy, daliśmy Wam Kościuszkę, a teraz pora spłacić dług”. I Amerykanie w czasie tej wojny i po jej zakończeniu spłacali ten dług.

Można więc powiedzieć, że Kościuszko jest bohaterem uniwersalnym w Polsce i Stanach Zjednoczonych. Był bohaterem o wolność Ameryki, Polski i tym, który był prekursorem abolicjonizmu, który chciał wolności dla wszystkich mieszkańców USA. Dziś jest postacią dość zapomnianą, czego dowodzą wydarzenia z Waszyngtonu. Nieco zniknął z kart podręczników, ale pamiętajmy, że zdewastowano też pomniki Jerzego Waszyngtona i Abrahama Lincolna, a te postacie uznawane są za „amerykańską świętość”.