28 września 1939 r., po 22 dniach heroicznej obrony, Warszawa podpisała akt kapitulacyjny. W pierwszych dniach października do miasta wkroczyli Niemcy, zakazali używania narodowych barw i symboli. Wywózka do obozu koncentracyjnego, na roboty do Niemiec, a nawet śmierć groziła za ich posiadanie, nie tylko używanie. Od tej pory dla każdego Polaka barwy narodowe stały się symbolem nieugiętej walki i nadziei na zwycięstwo, dodawały otuchy.

Reklama

Zakazana świętość

W każde narodowe święto na warszawskich ulicach pojawiały się biało-czerwone flagi i chociaż Niemcy mobilizowali znaczne siły do walki z nimi, za każdym razem ponosili klęskę. Najczęściej rozwieszali i malowali je najmłodsi warszawiacy działający w małym sabotażu.

Dwunastoletni Stefan Popławski w maju 1942 r. pierwszy raz zatknął na parkanie trzy małe, biało-czerwone chorągiewki. Zrobił je ze znalezionych w rzeczach siostry arkuszy białego i czerwonego papieru. Dwa miesiące później złożył harcerskie przyrzeczenie i jeszcze tego roku „Stefcio” razem z kolegami 10 listopada w nocy na mokotowskich chodnikach i parkanach malowali narodowe barwy. Musiał tak wyjść i wrócić, żeby nikt z domowników się nie zorientował. Rankiem 11 listopada miał biec na spotkanie, żeby zdać relację z nocnej akcji. W drzwiach stanęła Tosia, niania i gosposia w jednej osobie. Pociągnęła go do kuchni, podniosła jego dłonie i dokładnie obejrzała. Dopiero teraz zorientował się, że prawa jest ubrudzona w białej i czerwonej farbie. O nic nie pytała, tylko dokładnie zabandażowała. Gdyby jakiś Niemiec zobaczył jego ręce, do domu już by nie wrócił. Nie miał pojęcia, skąd niania wiedziała, że ubrudził ręce farbą.

Tosia zawsze stroniła od konspiracji, kiedyś słyszał, jak mówiła do mamy, że od walki jest wojsko, a nie kobiety i dzieci. W lipcu 1944 r. „Stefcio” nie mógł znaleźć swoich narciarskich butów i niespodziewanie wszedł do jej pokoju. Koszyk z włóczką stojący na stole był pełen biało-czerwonych opasek. Zrozumiał, dlaczego tak często zamykała się u siebie, tłumacząc to bólem głowy. Szyła opaski.

W Powstaniu „Gutek”, przyjaciel „Stefcia”, roznosił pocztę, trafił go niemiecki snajper. Gdy sanitariuszka przyniosła umierającego chłopaka, nie mógł już mówić. Dotknął tylko przesiąkniętej krwią opaski, a z ruchu jego ust można było wyczytać słowo „mama”. Stefan wyniósł ten skrawek materiału z Warszawy ukryty w kołnierzu swetra i w grudniu 1945 r. oddał matce kolegi.

Tosia była jedną z bardzo wielu kobiet, które szyły opaski, flagi, chorągiewki. Same nie działały w konspiracji, ale były matkami, żonami, siostrami żołnierzy polskiej podziemnej armii. Wspierały ich, jak mogły, i wykonywały różne prace pomocnicze.

Zofia Pocztarska, „dobry duch” konspiracyjnej rodziny, działała w Caritasie w kościele przy ulicy Gdańskiej, wieczorami szyła opaski. Jej syn Sławomir działał w małym sabotażu i wielokrotnie rozwieszał i malował narodowe symbole.

Namiastka munduru

1 sierpnia przed godz. 16 Czesława Janowska odprowadzała znajomą i jej córeczkę na przystanek tramwajowy. Po drodze mijały grupki młodych ludzi, ubranych zdecydowanie nie na tę porę roku: mieli długie płaszcze, kurtki sportowe, narciarskie buty, przez ramię przewieszone chlebaki albo pakunki zawinięte w szary papier. Długo czekały, od ludzi, których pełno było na przystanku, dowiedziały się, że tramwaje praktycznie przestały kursować. Wreszcie nadjechał, kobieta z dzieckiem wsiadły. Czesława biegła do domu, gdzie zostawiła dwójkę młodszych dzieci, najstarsza córka kilka godzin wcześniej wzięła niewielką torbę i wyszła. Po drodze usłyszała strzały, schroniła się w domu przyjaciół. Z okna widzieli, jak Niemcy zatrzymali kilku mężczyzn i rozstrzelali ich. W bramach niektórych domów zobaczyła wywieszane albo już powiewające biało-czerwone flagi. Nie miała wątpliwości, to mogło oznaczać tylko jedno – wybuchło Powstanie. Stało się to, na co Warszawa czekała od pięciu długich lat.

Dla tysięcy młodych dziewcząt i chłopców 1 sierpnia 1944 r. najbardziej wzruszającym momentem było odebranie biało-czerwonych opasek. – Nigdy tego nie zapomnę. Przez te pięć lat wiele widziałem i nie mniej przeżyłem, byłem zahartowany, u mnie nie było tak łatwo o wzruszenie. A jednak… Odbierając opaskę, czułem, jak drżą mi ręce, a oczy zaczęły mocno szczypać. Zobaczyłem na podwórku tłumek ludzi, niektórzy z nich trzymali w rękach biało-czerwone flagi, ukrywane przez całą okupację, a teraz wyciągnięte z zakamarków – opowiada Witold Kieżun ps. Wypad, walczący w Powstaniu w oddziale Gustaw-Harnaś.

Powstańcy nie mieli umundurowania, a ich znakiem rozpoznawczym były właśnie biało-czerwone opaski noszone na prawym przedramieniu.

Niech was chroni

2 sierpnia 1944 r. Kazimierz Radwański ps. „Kazik” razem z cywilami pomagał budować barykadę na Nowym Świecie przy ul. Świętokrzyskiej. Praca szła im kiepsko, nikt nie miał doświadczenia, niefachowo układane elementy osuwały się i przewracały. Zanim opracowali metodę umacniania ziemią i płytkami chodnikowymi, minęło kilka godzin. Cały ten czas w oknie na pierwszym piętrze stała starsza pani i obserwowała pracujących. Kiedy wreszcie barykada stanęła, starsza pani zniknęła z okna, pojawiła się przed budynkiem. Powłócząc nogami, podeszła do barykady. Długą chwilę patrzyła, a potem spod fartucha, który miała na sobie, wyciągnęła coś zawiniętego w szary papier. – Mój syn ukrył pod podłogą. Jak Niemcy przyszli po niego, przeszukali wszystko, podłogi nie ruszyli – powiedziała. Rozwinęła papier i z jej rąk „wypłynęła” biało-czerwona flaga. Wszyscy stojący wokół barykady zamarli, zrobiło się bardzo cicho, a pani podała flagę stojącej najbliżej dziewczynie. Odchodząc, odwróciła się: – Niech was chroni. Syn nie doczekał.

Wśród rupieci pozostałych po budowie barykady ktoś znalazł kij, trochę krzywy, ale doskonale nadający się na drzewiec. Ktoś inny wbił flagę na samym wierzchołku reduty. Starsza pani znowu stała w oknie.

Reklama

Kazimierz Radwański wrócił do Warszawy w 1948 r., szedł zniszczonymi ulicami. Stolica powoli leczyła rany. Celem spaceru była jego powstańcza placówka – kościół św. Krzyża i zniszczony, przedwojenny dom – Muzeum Przemysłu i Rolnictwa, gdzie ojciec był dyrektorem. Na Krakowskim Przedmieściu przed poranioną kamienicą ktoś na rozwieszonym sznurze suszył pościel. Tuż nad nim w jednym z okien powiewała biało-czerwona flaga. W tym momencie nie miał wątpliwości, że wrócił do siebie… Rok później jako Powstaniec był tu już „niepożądanym elementem”. Musiał opuścić Warszawę i nigdy do niej na stałe nie wrócił. Ale też nigdy nie przestał jej kochać.

Najbardziej znana i znienawidzona przez Niemców biało-czerwona flaga powiewała przez 63 dni Powstania Warszawskiego na wieżowcu Towarzystwa Ubezpieczeniowego „Prudential”. 1 sierpnia 1944 r. budynek został zdobyty przez żołnierzy z batalionu „Kiliński”, polskie barwy wniósł i zatknął na 16. piętrze, mający odmę płuc, Jerzy Frymus ps. Garbaty. Wywołało to u Niemców wściekłość – w budynek trafiło ponad tysiąc pocisków, stalowa konstrukcja przechyliła się, ale przetrwała, a na jej szczycie trwała podziurawiona, porwana, ale widoczna biało-czerwona flaga.

Pamiątka jak relikwia

Po upadku Powstania i podpisaniu aktu kapitulacyjnego sporo żołnierzy odłączyło się od swoich oddziałów i wychodzili z miasta z ludnością cywilną. Część kadry dowódczej miała dzięki temu uniknąć niewoli i podjąć dalszą walkę. Wielu, szczególnie najmłodszych Powstańców pragnęło odnaleźć swoje rodziny. Byli też tacy, którzy zbyt wiele przeżyli, żeby uwierzyć Niemcom w dotrzymanie umów kapitulacyjnych. Ci „cywile” nie mogli mieć przy sobie niczego, co mogło wskazywać na ich powiązanie z wojskiem, a takim elementem były biało-czerwone opaski. Ukrywali je w miejscach, do których po powrocie do Warszawy z łatwością mogli dotrzeć i swój skarb wydobyć. Niestety, po wyjściu ludności cywilnej i wojska Niemcy prawie kompletnie zniszczyli miasto i skrzętnie przygotowane skrytki.

Wielu Powstańców, mimo ogromnych obaw i świadomości, czym grozi znalezienie przez Niemców opaski, zdecydowało się wynieść ją z Warszawy. Przemycali w butach, bieliźnie, między osobistymi drobiazgami…

Do dziś opaski są dla Powstańców ważnym symbolem ich walki, miłości do Warszawy i Polski. Traktują je jak relikwie i zakładają na uroczystości podczas obchodów kolejnych rocznic wybuchu Powstania Warszawskiego.

Wielu żyjących uczestników walk uważa, że jest to symbol zarezerwowany dla nich i póki żyją, tylko oni mają prawo go używać. Nie podoba im się noszenie opasek przez ludzi, którzy z Powstaniem nie mieli nic wspólnego, urodzili się po 1944 r., nawet jeżeli ich intencje są dobre i szlachetne.

Symbol narodowy

3 maja 1792 r., w pierwszą rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja, kobiety ubrały białe suknie i przepasały je czerwonymi wstęgami. Mężczyźni nałożyli biało-czerwone szarfy. Kolory nawiązywały do heraldyki Królestwa Polskiego – białego orła na czerwonej tarczy. Od tego wydarzenia uważa się, że są to barwy narodowe, chociaż oficjalnie uznano je dopiero w 1831 r. uchwałą sejmu Królestwa Polskiego. Biało-czerwona flaga jest symbolem państwowym od 1919 r.

Biel i czerwień towarzyszyła Polakom w walce o naszą niepodległość. Wielu z nich za kawałek płótna w tych barwach oddało życie.