Reklama

Terroryzm - co oznaczało w tym kontekście międzynarodową siatkę wyznającą ideologię wojującego islamu - uznano za przeciwnika równie groźnego, jak państwa podejmujące agresję przeciw USA. Według sformułowanej po 11 września "doktryny Busha", nieprzyjacielem USA, a więc potencjalnym celem ataku, stały się oprócz Al-Kaidy także państwa sponsorujące tę organizację.

Bezpośrednią konsekwencją tej zasady stała się inwazja na Afganistan w październiku 2001 r. - kraj rządzony przez talibów udzielających schronienia Al-Kaidzie Osamy bin Ladena. W wyniku operacji USA i sprzymierzonych państw NATO obalono reżim talibów i zabito bądź schwytano część przywódców Al-Kaidy. Szef Al-Kaidy został zlikwidowany dopiero w maju br. w Pakistanie przez amerykańskie siły specjalne.

Według ekspertów ds. terroryzmu, organizacja założona przez bin Ladena nie stanowi już takiego zagrożenia jak w przeszłości. Al-Kaida jednak "zdecentralizowała się" - w ciągu minionej dekady powstały jej nowe komórki. W takich krajach jak Jemen, Nigeria i Somalia korzystają one z chaosu i anarchii, lub nieudolności, a czasem ukrytej sympatii, miejscowych rządów. Działają niezależnie od siebie, bez jednego przywódcy, połączone ideologią dżihadu przeciw Ameryce i całemu Zachodowi.

W ciągu 10 lat od 11 września nie doszło - mimo czarnych przewidywań - do ponownego ataku terrorystycznego w USA na podobną skalę. Ataki ze strony ekstremistów islamskich miały miejsce w innych krajach, jak Wielka Brytania, Hiszpania, Indie i Pakistan. Nadal jednak eksperci ostrzegają, że rozproszone komórki Al-Kaidy mogą zaatakować cele amerykańskie - ambasady, bazy wojskowe itp. - na świecie.

Wojna z terroryzmem miała dla USA poważne koszty polityczne. Schwytanych islamistów umieszczono w więzieniach wojskowych (od 2002 roku w więzieniu w bazie Guantanamo na Kubie) bezterminowo, bez przedstawienia formalnych zarzutów i kontaktu z adwokatami lub rodziną. Odmówiono im jednocześnie statusu jeńców wojennych, co zatrzymanym dałoby prawa wynikające z konwencji genewskich.

Uzasadniając takie postępowanie, administracja Busha powoływała się na "prawa wojny", ale naraziła się na krytykę ze strony organizacji obrony praw człowieka i prawników, oskarżających Waszyngton o naruszanie nie tylko prawa międzynarodowego, a nawet konstytucji USA. Reżim ścigania, przetrzymywania podejrzanych i sądzenia ich przed trybunałami wojskowymi, określany skrótowo mianem "Guantanamo", zelżał z czasem pod naciskiem tych opinii i sądów.

Oskarżenia o nadużycia prawa nasiliły się jednak po ujawnieniu, że zmilitaryzowana CIA przewozi więźniów do krajów stosujących tortury (głównie arabskich, skąd pochodzili podejrzani), albo sama ich torturuje w tajnych aresztach w innych krajach.

Jeszcze poważniejsze negatywne skutki polityczne miała dla USA inwazja Iraku w marcu 2003 r. Jako powód podano gromadzenie przez reżim Saddama Husajna broni masowego rażenia wbrew rezolucjom ONZ, które zabraniały Irakowi jej posiadania, oraz kontakty Bagdadu z Al-Kaidą. Jedno i drugie okazało się fikcją. Wojna była w istocie wynikiem obsesji Busha i jego współpracowników na punkcie Iraku - pretekstu do niej szukano natychmiast po 11 września.



Wojska USA dokonały inwazji bez mandatu ONZ, ponieważ w Radzie Bezpieczeństwa nie chciały jej poprzeć nie tylko Rosja i Chiny, lecz także Francja. Z sojuszników z NATO przeciwne były również Niemcy i kilka mniejszych krajów. Waszyngton uzyskał natomiast poparcie Polski i innych krajów Europy środkowowschodniej, co wywołało ostre podziały na Starym Kontynencie tuż przed rozszerzeniem UE. Dodatkowo wojna wprowadziła napięcia w stosunkach USA z kluczowymi mocarstwami europejskimi, osłabiając sojusz atlantycki.

Iracka wojna, w której zginęło ponad 4,5 tys. żołnierzy USA i idąca w dziesiątki tysięcy liczba Irakijczyków, pogorszyła stosunki USA z krajami muzułmańskimi. W połączeniu z błędami w polityce okupacji Iraku, które spotęgowały ruch oporu i spiralę przemocy w tym kraju, przyczyniła się do spadku prestiżu i autorytetu USA na całym świecie. Podsyciła też antyamerykańskie nastroje w świecie muzułmańskim, co przysporzyło bojowników ugrupowaniom ekstremistycznym.

Mimo obalenia Husajna przez wojska amerykańskie, nowy rząd Iraku prowadzi politykę niezgodną z interesami USA. Zdominowany przez szyitów, stał się przyczółkiem wpływów Iranu w rejonie Zatoki Perskiej. Zdaniem większości ekspertów, geopolitycznie Ameryka straciła na wojnie. W drugiej kadencji rządów Busha zaczęto ją uzasadniać potrzebą obalania dyktatur na Bliskim Wschodzie - nowy Irak miałby tu się stać atrakcyjnym przykładem. Ostatnio amerykańscy neokonserwatyści, którzy byli motorem inwazji, sugerują, że Irak stał się inspiracją dla arabskiej wiosny. Nie ma na to jednak żadnych dowodów.

Ekonomiczne koszty wojen w Afganistanie i Iraku są trudne do obliczenia. Według najnowszej analizy dokonanej przez Brown University, na obie wojny wydano w sumie 3, 7 biliona dolarów, co stanowi 12 tys. dolarów na jednego mieszkańca USA. Analitycy z tej uczelni uwzględnili także koszty pośrednie jak leczenie weteranów obu kampanii i koszt przetrzymywania w więzieniach tysięcy podejrzanych o terroryzm. Obliczenia Pentagonu ograniczają się do kosztów bezpośrednich, jak utrzymanie wojsk, koszt broni i sprzętu itd. - w sumie około biliona dolarów, czyli średnio prawie 10 mld dol. miesięcznie.

Zdaniem krytyków obu wojen - zwłaszcza wojny w Iraku - decydująco przyczyniły się one do pogłębienia deficytu budżetowego, a w efekcie i zadłużenia kraju. Nie ma tu jednak prostej zależności, ponieważ przemysł wojskowy zwykle nakręca koniunkturę gospodarki. Deficyt pogłębił się, ponieważ w pierwszych latach minionej dekady, z inicjatywy Busha, republikański Kongres obniżył podatki, nie bacząc na zwiększone wydatki wojenne. Poprzednio było odwrotnie - w czasie wojen w Korei (1950-1953) i Wietnamie (1965-1973) podatki były podnoszone.

Amerykańska wojna z terroryzmem, choć różnie oceniana przez światową opinię publiczną, cieszy się poparciem Amerykanów. Większość poparła inwazję Afganistanu jesienią 2001 r. i Iraku w 2003 r. Poparcie dla wojny w Iraku spadło z czasem, kiedy stał się on terenem przeciągającej się rebelii przeciw wojskom okupacyjnym i zażartych walk etniczno-religijnych.

Podobnie było z operacją w Afganistanie, gdzie talibowie odzyskali część terenów. Jednak po zabiciu Osamy bin Ladena w maju br. 58 procent Amerykanów w sondażu Instytutu Gallupa wyraziło opinię, że inwazja Afganistanu była potrzebna.

Mimo śmierci około 6 tys. żołnierzy amerykańskich w obu wojnach, wciąż trudno porównywać je do wojny w Wietnamie. W tej ostatniej zginęło około 10 razy więcej Amerykanów (58 tys.), a towarzyszące jej demonstracje antywojenne miały o wiele większe rozmiary niż obecne protesty, doprowadzając do podziału w rządzącej Partii Demokratycznej i jej porażki w wyborach prezydenckich w 1968 r. Wojny w Afganistanie i Iraku nie znajdują się już w centrum zainteresowania amerykańskiego społeczeństwa, m.in. dlatego, że prowadzi się je przy pomocy armii ochotniczej, a nie z powszechnego poboru jak wojnę wietnamską.

Opinia publiczna na ogół popiera także metody walki z terrorystami na innych frontach i politykę antyterrorystyczną w kraju. Według tegorocznych badań American Enterprise Institute w Waszyngtonie, większość Amerykanów uważa, że administracja Busha nie poszła zbyt daleko rozszerzając uprawnienia rządu do inwigilowania obywateli po 11 września. Nie ma też większych zastrzeżeń do wspomnianej polityki ścigania terrorystów i przetrzymywania ich w aresztach wojskowych na podstawie "praw wojny".