Monika Jaruzelska w swojej książce "Rodzina", powstałej na podstawie jej rozmów z ojcem i matką, ujawnia niepublikowane dotąd wątki z życia swojej rodziny. Słynący z powściągliwości polityk w rozmowie z córką podzielił się osobistymi wspomnieniami.

(FRAGMENTY)

3 stycznia 2014 r.

MONIKA JARUZELSKA: Chodzi mi o to, w co wierzyć. Chodzi o wartości.

WOJCIECH JARUZELSKI: Socjalizm, partia to była też swego rodzaju religia. (…) Ale socjalizm miał swoje fundamenty, chociażby tę ideę sprawiedliwości społecznej. Różnie realizowaną – ale jednak. I właściwie w tym sensie powinien być bliższy Kościołowi. Bo przecież głosi podobnego typu nauki: „Łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż…

…bogatemu dostać się do nieba”.

A w praktyce wygląda to inaczej. Sądzę, że pewien proces myślowy, jaki przechodziłem, nie tylko ja, ale przecież tysiące, może i więcej – miliony moich rówieśników, był procesem konfrontacji tego, co niesie religia, czyli najpiękniejszych idei Chrystusa, kazania na Górze, z tym, co jest w praktyce. Że Kościół jednak błogosławi aktualny stan rzeczy, że sam też nie jest bez winy, też czerpie z tego korzyści. I tutaj papież Franciszek uderza w sedno sprawy. Ale oczywiście moje przewartościowania nastąpiły dużo wcześniej. Nawarstwiały się stopniowo, jeszcze moje listy z frontu do matki i siostry zawierają odwołanie się do Pana Boga i Opatrzności. Dla mnie takim przełomowym okresem – ideologicznie, etycznie i religijnie, były studia w Wyższej Szkole Piechoty. Wśród wykładowców dominowali przedwojenni oficerowie. Bardzo wiele mi dali, bo byli pewnym wzorem. Wojnę większość z nich przesiedziała w łagrze, ale byli też tacy, którzy wrócili z Anglii albo działali wcześniej w Armii Krajowej. To oni właśnie w istotnym stopniu wpłynęli na moje przewartościowanie polityczne, ale i w pewnym sensie religijne. Szczególnie dwóch wykładowców przedmiotów politycznych. Dwaj oficerowie zawodowi przed wojną, absolwenci Szkoły Piechoty w Komorowie, podpułkownik Roman Wójcik i major Roman Arendarski. Z Arendarskim miałem do końca kontakty. I oni swoim autorytetem oraz kulturą, ogładą jeszcze z okresu przedwojennego bardzo na mnie wpłynęli, jak i na moich kolegów, w kierunku tych przewartościowań.

(...)

Pytanie było takie: czy nie żałujesz, że nie jestem wierząca?

To jest bardzo filozoficzne pytanie. Kiedyś na nie odpowiadałem – że nie wierzę, no i trudno na siłę narzucić komuś wiarę w życie pozagrobowe, ale zazdroszczę tym, którzy wierzą i którzy dzięki temu mają jakąś przystań i pewność, że śmierć biologiczna nie jest końcem ostatecznym. (...) Była we mnie ta pierwsza warstwa areligijności, agnostycyzmu. Ale również byłem na wysokich stanowiskach, więc nie mogłem demonstracyjnie swojej córki wychować w innym duchu. Tym bardziej że sam byłem innych przekonań. Zresztą było to dość powszechne, prawda – owszem, tam były te potajemne chrzciny, tak jak w twoim przypadku, na co ja przez palce patrzyłem.

Nie no, nie wiedziałeś podobno.

Jak to? Później się dowiedziałem.

(...)

CZYTAJ TAKŻE: Ochrzczona w tajemnicy. Monika Jaruzelska wspomina dzieciństwo >>>

Lew Tołstoj twierdził, że bogactwo wśród biedy jest niemoralne. Kościół jest wciąż silny i niepozbawiony wad. Choć uważam, że fanatyczny ateizm i antyklerykalizm w niektórych środowiska jest równie niebezpieczny jak dewocja. Wiadomo, że zjawisko pedofilii w Kościele istnieje i wreszcie sam papież Franciszek tym się zajął. Jednak media problem pokazują w taki sposób, że przeciętny człowiek może myśleć, iż każdy ksiądz to pedofil. Czy to nie symptomatyczne dla naszych czasów? Byłeś w szkole księży marianów, właściwie z nimi mieszkałeś. Twierdzisz, że w ogóle w twoich czasach nie mówiło się o tym zjawisku.

Przyznam, że w ogóle to była sprawa, której ani w prasie, ani w rozmowach prywatnych nigdy nie poruszano. Pedofilia – kto wtedy to pojęcie w ogóle znał?!

Nie tylko w Kościele, ale w ogóle?

Tak. Kiedy wybuchła wojna, miałem przecież szesnaście lat. Do tego czasu musiałbym się o jakieś informacje otrzeć, gdzieś coś przeczytać. Wychodziła wtedy ateistyczna prasa, chociaż jej nie czytałem, ale pewnie coś by tam do mojej wiadomości doszło. Masz rację, ja też uważam, że w tych sprawach należy zachować maksimum tolerancji – wzajemnej. To znaczy, że ludzie wiary i Kościoła powinni szanować i rozumieć ludzi niewierzących, i odwrotnie, ludzie niewierzący powinni uszanować status Kościoła i jego moralne nauczanie. Akcentowanie jednak incydentalnych przypadków pedofilii wynika z tego, że są jaskrawe, bo to czyni ksiądz, który powinien być wzorem moralności i przykładem. No ale potem można to wykorzystać politycznie, co często się dzieje, bo Kościół też nie jest dostatecznie konsekwentny, żeby z tymi zjawiskami walczyć.

Tato, nie o teorię mi chodzi, tylko o twoje osobiste doświadczenia. Opowiadałeś mi o księdzu, którego byłeś ulubieńcem. Przychodził i czytał ci, kiedy chorowałeś...

W sumie bardzo dobrze oceniam swoich nauczycieli i wychowawców, szczególnie nauczyciela języka polskiego Romana Kazińskiego i historii Gustawa Markowskiego.

Ale to nie byli księża.

Nie, nie, to były osoby świeckie. I wychowawca klasy – ksiądz Józef Jarzębowski. Naprawdę świetlana postać, tak bym powiedział. Szczupły, wysoki, dobroć z niego promieniowała. No i jakoś tak miał do mnie szczególną chyba sympatię. Może dlatego, że byłem jednym z najniższych w klasie. Oczywiście byłem dobry z religii. W sumie uchodziłem za grzecznego chłopca. Często chorowałem i kiedy leżałem w takim, jak mówiło się, szpitaliku…

Izolatce?

Nie. Szpitalik to była taka willa przystosowana dla chorych. Jeśli uda nam się tam jeszcze kiedyś pojechać, to ci pokażę. I ksiądz przychodził do szpitalika, coś mi opowiadał, jakieś żarciki, między innymi taki wierszyk:

Jaruzelski z Jaruzala poszedł sobie do szpitala
i na łóżku się przewala Jaruzelski z Jaruzala.

To nie była poezja najwyższej jakości, ale świadectwo takiego ciepłego stosunku.

Ksiądz sam wymyślił ten wiersz?

Tak. W ogóle był trochę poetą. Napisał po dzień dzisiejszy szanowany i śpiewany hymn Błękitne rozwińmy sztandary . Pamiętałem w całości, bardzo ładny utwór. Był też drugi, młodszy wychowawca, ksiądz Jan Przybysz. Kiedy zostałem prezydentem, dostałem od niego list z Anglii. Ksiądz Przybysz przypominał w nim nasze bielańskie czasy, a jednocześnie przekazał wiadomość, że siedział w łagrze razem z moim ojcem, obok na pryczy. Jego zwolnili wcześniej.

Przypomnij mi, co powiedział ksiądz Jarzębowski, kiedy dowiedział się, kim zostałeś po wojnie.

Nie wiem, na ile to było prawdą, na ile ktoś dorobił do tego ornamentację, ale doszło do mnie, że w Londynie, gdzie przebywał już do końca życia, na wieść o tym, że zostałem generałem, miał powiedzieć: „I ten Wojtuś, ten kochany Wojtuś jest bolszewickim generałem teraz” czy „komunistycznym generałem”... Nie pamiętam. Wiesz, to bardzo trudne… Rozmawiałem ze swoją matką, której oszczędzałem w ogóle tych tematów, bo były przecież dla niej trudne. Ale raz mi zadała pytanie, czy to, co robię, daje mi satysfakcję. I powiedziała wtedy: „Ja ci ufam, synku”. Że nawet jeśli teraz robisz coś, co nie jest po mojej myśli, to jednak masz w tym jakąś swoją rację.

Monika Jaruzelska, "Rodzina", Wydawnictwo Czerwone i Czarne