Anna Sobańda: W Pani ostatniej książce zatytułowanej "Oddech" jest wiele melancholii, czy to taki czas w pani życiu, czy też stan ten towarzyszy Pani od zawsze?

Monika Jaruzelska: Powiedziałabym, że melancholia jest takim stanem, który czasem jest dominujący, a czasem jest go mniej, bywa że wcale, jednak towarzyszy mi przez całe życie. Po prostu stała komponenta. Ja trochę traktuję smutek jako większy wgląd w siebie. Ale też i w innych, bo żeby być człowiekiem empatycznym, to też trzeba w sobie trochę tej melancholii mieć. Jak się jest cały czas beztroskim i radosnym, to trudno zrozumieć problemy innych. Poza tym uważam też, że melancholia, jako cecha wpisana w osobowość wytwarza bardzo pozytywny mechanizm obronny, jakim jest poczucie humoru. Kiedy bowiem melancholii jest za dużo, żart może być takim cukierkiem, który tę gorycz życia osładza. Taka gorzka czekolada.

Reklama

Książka zawiera też wiele przemyśleń dotyczących przemijania.

One się teraz nasiliły. Śmierć bliskiej osoby zazwyczaj nasila myślenie o przemijaniu, o tym, że jesteśmy tutaj tylko przez jakiś czas. Moja chęć pisania o tym nie wynikała jednak tylko z potrzeby emocjonalnej, ale także publicystycznej. Starałam się cały czas zderzyć to, co jest naturalne, czyli przemijalność naszego życia z tym, czym w dzisiejszym świecie żyjemy, czyli zaprzeczeniem tej przemijalności i zaprzeczeniem tego, że tak naprawdę jesteśmy bezbronni w takich dwóch najważniejszych momentach naszego życia. Wtedy kiedy się rodzimy i kiedy umieramy. Świat kreowany przez reklamy, które w jakiś sposób kierują naszym myśleniem, media skupiające się na rzeczach, które już następnego dnia nie są ważne, powodują, że coraz dalej odchodzimy od tego, co jest uniwersalne i nieuniknione.

W swojej karierze duży kontakt miała pani ze światem mody. Jak te przemyślenia związane z przemijaniem wypadają w zestawieniu z wartościami, jakimi ta branża się kieruje?

Świat mody jest przede wszystkim światem iluzji, który może nam bardzo w życiu pomagać. Może nas od pewnych rzeczy odciągać i sprawiać nam przyjemność, kiedy możemy sobie kupić nową sukienkę i dobrze się w niej poczuć. Natomiast kiedy zaczynamy żyć w kulturze, w której ta nowa sukienka, czy nowa twarz staje się nie przyjemnością, a przymusem, to zaczyna się robić bardzo niebezpiecznie. Odsuwamy się bowiem od tego, co tak naprawdę ważne. Dziś stwierdzenie „zachować twarz” nabrało nowej symboliki. Nie oznacza tylko wyjścia z jakiejś sytuacji z godnością, ale też zachowanie młodego wyglądu, mimo upływu lat.

Jest pani przeciwniczką maniakalnej pogoni za młodością?

Reklama

Ja rozumiem ten mechanizm i mnie samej także się to zdarza, bo nie możemy przecież całe życie myśleć tylko o tym, że przemijamy. Przeciwniczką jestem jednak o tyle, że widzę niebezpieczeństwo wypierania tego procesu. Przecież nawet jeśli zaczynamy z tym czasem walczyć i tak jesteśmy z góry skazani na przegraną. A im bardziej walczymy, tym więcej na walkę poświęcamy energii, a przegrana jest bardziej bolesna. Czasami rezygnacja z czegoś przynosi ulgę, daje nam spokój. W pewnym momencie swojego życia możemy więc zdecydować się przeżyć stratę swojej atrakcyjności fizycznej. To może być na początku nieprzyjemne, ale kiedy uświadomimy sobie, co straciliśmy, możemy zacząć szukać czegoś, co nam tę stratę zastąpi. Więc jeśli pogodzę się z tym, że nie będę już wyglądała tak, jak 20 lat temu, zrozumiem, że nie muszę wydawać pieniędzy na drogie zabiegi powstrzymujące upływ czasu. Mogę zaoszczędzone w ten sposób czas i pieniądze poświęcić na coś innego, na przykład podróże, czy książki ... Tym bardziej, że w wojnie z czasem jesteśmy z góry skazani na bolesną porażkę.

Niektórzy jednak nie chcą się z tym godzić. Patrząc na przykład na wiecznie młodniejących celebrytów, trudno sobie wyobrazić, że kiedykolwiek zaakceptują upływ czasu.

Po tym poznaje się celebrytów, że z wiekiem wyglądają coraz ładniej i młodziej. Pamiętam taki esej sprzed lat, w którym Umbero Eco pisał o roli celebrytów w kulturze współczesnej. Sugerował w nim, że już w antyku funkcjonowali oni w mitologii. Wówczas tę rolę spełniali półbogowie. Z jednej strony mieli dostęp do Olimpu, byli w pewnej części boscy, ale byli też śmiertelni. Ludzie w to wierzyli, ekscytowali się ich romansami i wybrykami. Dziś zaś półbogów antycznych zastąpili nam celebryci. Oni są również z ziemskich matek, ale w świetle jupiterów są boscy, podziwiani, idealizowani. Po czasie bywają zrzucani z plotkarskiego Olimpu i boleśnie dewaluowani, choćby z powodu cellulitu. Jednak śmierć celebryty jest odbierana w zupełnie innych kategoriach, niż śmierć zwykłego człowieka. Spójrzmy choćby na Annę Przybylską, której odejście wzbudziło wręcz narodową histerię, by za chwilę zastąpić ją histerią z wygranego meczu z Niemcami. I mamy nowe igrzyska.

Rok temu pożegnała pani tatę. Czy żałoba, którą przeżywa się na oczach opinii publicznej jest trudniejsza, czy może paradoksalnie łatwiejsza do zniesienia?

Słusznie pani zauważyła, paradoksalnie jest to łatwiejsze. Ojciec miał 91 lat, długo chorował, wcześniej było kilka prób generalnych i jeśli w ogóle można się na śmierć kogoś bliskiego przygotować, to ja w jakiś sposób byłam na odejście taty przygotowana. Nie było już elementu zaskoczenia, bolesnego szoku. Druga rzecz, która pomagała mi poradzić sobie z tym pierwszym bólem po stracie, to koncentracja na różnych sprawach, które trzeba było w tym czasie załatwić. Dla mnie bardzo ważne było zorganizowanie pogrzebu. Świadomość, że cały czas towarzyszą mi fotoreporterzy i media, była mobilizująca.

Kiedy dzień przed pogrzebem uświadomiłam sobie, że nie mam dla syna adekwatnego ubrania, pojechałam po ciemny garnitur. Fotoreporterzy zrobili mi zdjęcie, kiedy wracałam z torbami i jeszcze tego samego dnia zobaczyłam artykuł, który sugerował, że ojciec umarł, a ja urządzam sobie uroczy showpping day w centrum handlowym. Na takie rzeczy jednak patrzyłam z dystansem. I rzeczywiście przeżywanie tego dodatkowego stresu, jaki wytwarzała obecność mediów i agresja, z jaką spotykała się kwestia pochówku, pomagały mi w takim sensie, że wiedziałam że muszę zachować spokój i godność. Wiedziałam, że robię to dla ojca, dla siebie, ale przede wszystkim dla mojego syna. Bo jako matka miałam obowiązek się zmobilizować i dać mu oparcie. Odreagowanie przyszło dopiero po paru miesiącach, kiedy organizm się zbuntował i przechodziłam zapalenie płuc, problemy z kręgosłupem i cierpiałam na bezsenność.

Zapewne trudną sytuacją była też dla pani kwestia wywlekania na łamy tabloidów problemów małżeńskich pani rodziców.

Mówienie o tym, jest dla mnie trudne, bo na pewno żadnego z członków rodziny nie chciałabym dewaluować w jakikolwiek sposób. Mogę tylko powiedzieć, że teraz mama jest w fazie bardzo romantycznej miłości do swojego zmarłego męża. Mama przeżywa ekstremalne stany emocjonalne, mówiła więc w wywiadzie to co mówiła i trudno się dziwić, że tabloid to wykorzystał. Byłabym zaskoczona, gdyby zrezygnował z takiej gratki.

Czy pani spotkała się kiedyś z personalnym atakiem na swoje nazwisko?

W bezpośrednim kontakcie takie ataki się nie zdarzały. Dziwne jest jednak to, że niektóre osoby, które mimo negatywnego stosunku do mojego ojca, utrzymywały relacje ze mną, były bardziej serdeczne w latach 80-tych, niż obecnie. Ten dzisiejszy podział, na to kto jest bardziej pisowski, a kto platformerski jest więc dużo silniejszy niż ten sprzed lat.
W trakcie pogrzebu ojca, kiedy szłam obok ludzi, którzy wykrzykiwali hasła typu „morderca”, „precz do Rosji” zastanawiałam się, do kogo oni to krzyczą. Czy do tej kamiennej urny, czy do obecnych władz. Przechodząc obok jednej z kobiet, która bardzo zażarcie krzyczała „morderca” spojrzałam jej głęboko w oczy, w sposób spokojny, ale pełny smutku, który w tamtej chwili przeżywałam. Wówczas ona zniżyła głos. Tak więc to jest trochę tak, że kiedy ludzie spotykają się z czyimś cierpieniem i smutkiem, to agresja najczęściej odchodzi.

Myślę, że w przypadku takich ataków, działa też psychologia tłumu. W ogóle uważam, że podziały światopoglądowe i polityczne nie powinny wywoływać ekstremalnej wrogości osobistej. Bo jeśli wylądujemy obok siebie na oddziale onkologicznym, naprawdę nie będzie miało znaczenia, jakie sztandary wcześniej nieśliśmy. Tak więc moje stoickie podejście do życia, pozwala mi sobie z takimi sytuacjami radzić.

Z czego pani zdaniem może wynikać to, że ten obecny podział w polskim społeczeństwie jest tak silny i tak mocno manifestowany?

Też się nad tym zastanawiam. Być może czasami faktycznie niektórzy są aż takimi antagonistami, że nic nie jest w stanie ich pogodzić. Ale ja też sądzę, że wielu polityków różnych opcji, którzy w programach publicystycznych się ze sobą żywiołowo kłócą i wzajemnie obrażają, poza kamerami normalnie się dogadują, a czasem może nawet kumplują. To jest widowisko, a politycy też są dzisiaj celebrytami.

Jak pani zareagowała na wynik wyborów prezydenckich?

Ze spokojem, można się było takiego wyniku spodziewać. Co prawda głosowałam na Bronisława Komorowskiego, może nie tyle ze względów politycznych, co sympatii osobistej. Miałam bowiem przyjemność kilka razy się z nim spotkać i dał się poznać jako człowiek sympatyczny, ciepły, dowcipny. Natomiast nie podchodzę do tej zmiany z takim lękiem, jak część moich znajomych, którzy przewidują wręcz katastrofę. Poczekamy, zobaczymy. Myślę, że prezydent elekt i jego żona zautonomizują się i wyjdą poza zaklęty pisowski krąg. To może być wielkim plusem. Jako osoba obarczona kredytem we frankach, trzymam też pana Dudę za słowo, w kwestii pomocy dla tak zwanych "frankowiczów". Zobaczymy, czy się z niego wywiąże. To będzie dla mnie sprawdzianem. Poza tym, jeśli Andrzej Duda mówi, że chce być prezydentem wszystkich Polaków, to ja jako Polka czuję, że jest to mój prezydent.

Wierzy pani, że Andrzej Duda będzie samodzielnym prezydentem?

Trudno powiedzieć, choć sądzę, że sukces jaki osiągnął, powinien dawać mu możliwość emancypacji, bycia kimś ponadpartyjnym. Za chwilę będzie głową państwa, a to przecież jest wyższa pozycja, niż prezes partii. Będzie to dla niego nie tylko test polityczny, ale i psychologiczny. Zobaczymy. Na pewno w najbliższym czasie będzie interesująco. Ciekawa jestem też, jak będzie układał się gabinet prezydencki. Na ile, jako prezydent wszystkich Polaków, Andrzej Duda będzie otwarty na inne opcje polityczne.

Jak pani zadaniem pani Agata Duda sprawdzi się w roli pierwszej damy?

Na pewno będziemy mieli w najbliższym czasie do czynienia z zupełnie nowym, atrakcyjnym filmem. Pani Agata Duda jest bardzo charyzmatyczna, będzie zapewne reprezentacyjną pierwszą damą. Jest także ładna, młoda córka, która najpierw zapewne spotka się z dużym zainteresowaniem i sympatią, a potem jak to najczęściej bywa, będzie obserwowana i w końcu zostanie zaatakowana. Już widziałam w Internecie zdjęcie jej zgrabnej, skaleczonej przy goleniu nogi, oczywiście z charakterystycznym dla takich sytuacji komentarzem. Mam nadzieję, że państwo Dudowie są dobrymi rodzicami i zadbają o to, żeby ją uchronić. Bo wystarczy, że pokaże się w sukience, która kosztowała więcej niż 300 zł, a zacznie się hejt i zaczną tę dziewczynę niszczyć. Dzieci polityków zawsze płacą wysoką cenę.

Czy sądzi pani, że Agata Duda będzie lepszą pierwszą damą niż Anna Komorowska, której zarzucano brak aktywności i niewykorzystywanie swojej pozycji w odpowiedni sposób?

Różne są kobiety i każda powinna grać na swoich atutach. Kampania państwa Komorowskich tych atutów nie wykorzystała do końca, to prawda. Sądzę jednak, że za jakiś czas zaczną się porównania jako pierwszych dam Jolanty Kwaśniewskiej i Agaty Dudy. Czyli atrakcyjnych, dobrze ubranych kobiet, znających języki, świetnie wypadających w wystąpieniach publicznych.

Czy pani zdaniem wynik wyborów prezydenckich to lampka ostrzegawcza dla PO przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi?

Ja myślę, że bardziej niż przegrana Bronisława Komorowskiego, to już wynik wyborczy Pawła Kukiza, powinien być dla PO takim sygnałem. Człowiek zupełnie spoza politycznego kręgu, wyszedł do ludzi i sobie ich zjednał. To jest znak, że społeczeństwo oczekuje zmian, że te 25 lat minęło i bardzo wiele osób jest niezadowolonych z kierunku, w jakim idziemy. Pojawiają się skrajne postawy, od tych ultraprawicowych, do tych rewizjonistycznych do czasów PRL-u, który dawał pracę i bezpieczeństwo bytowe. Dla rządzących na pewno jest to więc sygnał ostrzegawczy.

Monika Jaruzelska - pisarka, dziennikarka, stylistka i projektantka mody. Przez 8 lat kierowała działem mody w magazynie "Twój Styl". Była także autorką programu „Monika Jaruzelska zaprasza” w stacji Chilli Zet i jego kontynuacji pt. „Bez Maski”. Jest autorką dwóch bestsellerów zatytułowanych "Towarzyszka Panienka" i "Rodzina". Na rynku niedawno ukazała się jej trzecia książka "Oddech".