Barbara Sowa: Jak świętowaliście 25-lecie "Elektrycznych gitar"?

Kuba Sienkiewicz*: Nagraliśmy trzy teledyski i wydaliśmy podwójną płytę z 25 przebojami "Elektrycznych Gitar" na 25-lecie. Oprócz płyty kompaktowej ukaże się też podwójna płyta winylowa. To dla mnie rarytas, bo gdy wydawaliśmy pierwszy krążek w Zig-Zag byliśmy pierwszym zespołem, który nie miał winylu.

Imprezy z szampanem nie było?

Gramy koncerty, jeździmy w trasy, spotykamy się na próbach - dużo czasu spędzamy razem. Ale fety nie było. Koncertu jubileuszowego też nie planujemy. Strasznie ich nie lubię. Jest wtedy takie nastawienie - teraz gramy odświętnie, inaczej, lepiej - to działa na mnie rozkładająco. Najlepsze są wykonania spontaniczne.

Macie konkretną datę startową, bo się nie doszukałam...

Nie konkretny dzień, ale ustaliliśmy, że to będzie jesień 1989 roku, kiedy na próbie powstała nazwa zespołu. Staliśmy na schodach i ktoś zapytał:
- Jak się nazwiemy?
- Może "naprzód brzany"?
- Nie, za dużo spółgłosek - stwierdziłem. I padło “elektryczne gitary”.
- O dobra, dowcipna - ktoś skwitował.
I tak zostało.

Zespół jest rówieśnikiem wolnej Polski - czy to 25-lecie napawa pana bardziej goryczą czy zadowoleniem?

Dwie rzeczy są uderzająco pozytywne. Pierwsza to zniesienie cenzury. Już w liceum pisałem piosenki, ale tylko do szuflady. Nie wiązałem przyszłości z estradą, chyba głównie dlatego, że nie chciałem chodzić do cenzury. Uważałem, że to nie miejsce dla wykonawcy piosenki niezależnej, zaangażowanej.

Byłem zbuntowanym młodym człowiekiem i uważałem, że to się nie godzi. Zniesienie cenzury popchnęło też na przód dyskusję społeczno-polityczną. Wcześniej problemy narodowe były zamrożone - kwestia antysemityzmu, Holokaust, tragedia ofiar zsyłek, stalinizmu. Dyskusja o tym tliła się w formie drugiego obiegu, ale za mało. 

Druga pozytywna zmiana to triumf wolnego rynku i związana z tym wygoda życia. Nagle to usługi zaczęły dbać o klienta, a nie klient o nie błagać. To się stało z dnia na dzień.
Nagle można było realizować żądze, o których pan śpiewał...

I zniknęły kolejki, bo okazało się, że podaż towaru może być większa niż popyt. To była tak wielka odmiana w naszej codzienności.
Wystarczy zachwytów, a co się nie udało?

Poza tym potoczyło się to wszystko w dziwną stronę. Dla przykładu, nie przypuszczałem, że w naszym państwie po 25 latach padną koleje. Wydawało się, że będzie coraz lepiej. A tymczasem jest coraz gorzej. Jechałem ostatnio do Łodzi, trafiłem na tabor z lat 60., który bujał mnie kilka godzin. Do Trójmiasta jechałem 10 godzin....

Trzeba było jechać autem, bo w Polsce chyba postawiliśmy na autostrady.

A reszta dróg niszczeje i na ulicach widać coraz więcej samochodów terenowych, bo ludzie wolą się zabezpieczyć i na wszelki wypadek jechać czymś, co ma większe koła.

A służba zdrowia? Ten temat zna pan z autopsji.

Pamiętam jeszcze parę ładnych lat po upadku PRL nikt nie kierował się w szpitalu czy na Akademii Medycznej kategoriami pieniędzy, punktów, oszczędności. To było prawdziwe medyczne myślenie - jak trzeba było zrobić coś przy pacjencie, zdiagnozować go, zaproponować leczenie, to dążyło się to tego, by zrobić wszystko zgodnie ze sztuką lekarską. A teraz?

Wiemy, jak jest. Myśli się tylko, jaką wybrać procedurę, ile dni hospitalizacji zaplanować, żeby jak najwięcej punktów zgarnąć za pacjenta od NFZ. Jesteśmy w okresie przejściowym, który dla mnie jest nie do zaakceptowania.

Zadał pan sobie pytanie - co ja tutaj robię?

Nawet sobie na nie odpowiedziałem. Od ponad roku działam tylko prywatnie. Zostawiłem sobie trochę dydaktyki na WUM-ie. Ale jeśli chodzi o działalność stricte lekarską, to mam dużo wizyt domowych, prowadzę szkolenia dla lekarzy, firm farmaceutycznych i działam w fundacji parkinsonowskiej. Obecnie nie jestem narażony na obserwowanie "reformy" w służbie zdrowia. Ale ciągnie mnie, by wrócić do kliniki....

Był jakiś punkt zwrotny, zapalnik, który sprawił, że rzucił pan pracę w szpitalu? 

Nie, po prostu nie umiałem pogodzić obowiązków dydaktycznych, usługowych i naukowych. Tym bardziej, że miałem działalność artystyczną. Za wiele jak na starszego pana.

Na co jeszcze - mówiąc górnolotnie - choruje 25-letnia Polska?

Obserwuję ze smutkiem przykre skutki demokracji w postaci wykształcenia się niezbyt atrakcyjnej klasy politycznej. Byłem wielkim fanem i admiratorem takich mężów stanu jak Jacek Kuroń czy Tadeusz Mazowiecki. Podziwiam działalność Jana Nowaka Jeziorańskiego, Władysława Bartoszewskiego. Ale ze względu na nasze wybory, wszyscy, którzy wywodzą się z kręgu opozycji demokratycznej lat 70. i 80., zostali przez wyborców wykluczeni, zepchnięci ze sceny politycznej. 

Takie są reguły demokracji. 

Tak, występuje tu zjawisko populizmu, równania w dół. Tak w polityce, jak i w mediach. 

W piosence-satyrze właśnie na demokrację "Nowa gwiazda", niegdyś ocenzurowanej przez TVP, występuje blondynka, która mimo tego, że nie ma kompetencji, wygrywa wybory. Widzi pan dziś takie "blondynki" na polskiej scenie politycznej?

Nie wiem, nie chcę się wypowiadać na ten temat... Choć trzeba przyznać, że Platforma Obywatelska, która reprezentuje trochę nurt lewicy demokratycznej, która była opozycją za PRL, bardzo spopulizowała uprawianie polityki. Sam byłem najbliżej partii wywodzących się z Unii Demokratycznej, Unii Wolności, ale niestety ich już nie ma. Za bardzo się zastanawiali, prezentowali typ myślenia nie stroniący od wątpliwości, podkreślali wszystkie za i przeciw. A ludziom trzeba prościej. I PO postanowiła uprościć przekaz klasy politycznej. 

Uprościli do tego stopnia, że dziś minister Sienkiewicz - to chyba nie jest pana rodzina? - mówi o kluczowej polskiej inwestycji: "ch.., dupa i kamieni kupa". Prawie jak cytat z piosenki "Elektrycznych gitart" z ch... w tytule.

Może był rozgoryczony? (śmiech) A mówiąc serio, gdy schodzimy na temat afer, to bardzo nie lubię tego w polskiej polityce. Błazenadę można sobie uprawiać w sztuce, a w polityce musimy wykazywać się skutecznością, a nie rozdrabniać się na spory. Ciągle mam poczucie, że nasza demokracja zajmuje się albo aferami, albo sprawami marginalnymi - jak deklaracja wiary lekarzy, spory o in vitro, aborcję.


Chyba nie takie marginalne, skoro toczą się o nie tak zażarte kłótnie? 

Problem jest sztuczny. Podaje się w dyskusji przykład lekarza, który jest świadkiem Jehowy i pyta czy zastosuje on transfuzję krwi. Problem jest abstrakcyjny. Wśród lekarzy nie ma świadków Jehowy, bo w tym zawodzie jest potrzebny pewien iloraz inteligencji.

Ale istnieją lekarze-katolicy, którzy odmawiają aborcji.

Nie jest to sprawa dla medycyny ostrodyżurowej. Jeśli pacjentka jest w ciąży pozamacicznej, która zagraża życiu i z taką diagnozą trafia ona na ostry dyżur, to się taką ciążę usuwa. Żaden katolik czy niekatolik nie będzie przedkładał poglądów nad życie matki. 

W przypadku ryzyka urodzenia dziecka z wadą genetyczną czy ciężkim upośledzeniem, to nie można ani kobiecie, ani lekarzowi nakazać zajmowania określonej podstawy. Lekarz ma prawo sądzić, że urodzenie chorego dziecka jest humanitarne i nie wolno mu takiej ciąży zakończyć. Inny lekarz może mieć odmienne zdanie. Nie jestem w stanie wymagać od lekarza przyjęcia jednej moralnej postawy w sytuacji, która jest bardzo trudna do rozstrzygnięcia. Podobnie nie można nakazać tego kobiecie.

Nie kusi pana, by polską rzeczywistość recenzować częściej w swoich utworach?

Takie piosenki tracą swój bieżący kontekst, po latach nie wiadomo, o co w nich chodziło. Do jubileuszowej płyty dobraliśmy piosenki, które można śpiewać w każdym momencie. Piosenka w czasach wolności pełni inne funkcje - przede wszystkim artystyczne. Ale też może być dydaktyczna, służyć pomocą w nauce historii, w zrozumieniu szerszego kontekstu kulturowego.

Na przykład utwory Jacka Kaczmarskiego choć historyczne, nie straciły na swej aktualności - ale to dlatego, że odnoszą się do moralnej kondycji człowieka w różnych kontekstach historycznych. Tego można słuchać w nieskończoność. W sprawach bieżących łatwo o błąd oceny, jeśli reaguje się ostro, nie mając najczęściej pełnego obrazu.

A piosenka może być dziś hymnem pokolenia? 

Tak, sami mamy na koncie piosenki, które nie tylko karmiły się językiem potocznym, ale też weszły do języka. 

Jaka piosenka mogłaby być hymnem dzisiejszego młodego pokolenia?

Myślę, że warto śpiewać o pułapce, w jakiej się znaleźliśmy. Konsumpcjonizm spowodował, że nabraliśmy kredytów i musimy więcej pracować. Zadłużamy się, nie umiemy się zatrzymać, przestać pracować, wszyscy dążymy do perfekcjonizmu. Dodatkowo trzeba byłoby zainspirować się językiem internetowym, skrótami. To byłoby nawet chwytliwe.

Tytuł waszej ostatniej płyty "Nic mnie nie rusza" można by potraktować jak hymn lemingów.

Miałem na myśli coś innego. Obyczajowość współczesna, popkultura jest przewidywana - wszystko jest nudne - w tym sensie - nie rusza mnie.

Czyli nie tumiwisizm ale nihilizm, który pobrzmiewa też w "Dzieciach", "Końcu", "Wszystko ch...". Skąd takie podejście u wziętego lekarza, uznanego muzyka?

Tak to już jest, że jak się obserwuje ten świat, przemiany obyczajowe i kulturowe, to z perspektywy kilkudziesięcioletniej wszystko jest przewidywalne, nudne, mało atrakcyjne.

Ale "Dzieci" napisał pan w latach 80, więc nihilizm nie przyszedł z wiekiem.

Taka już moja nihilistyczna natura - niewiara w człowieka i krytyczna ocena gatunku ludzkiego.

To efekt praktyki lekarskiej?

Na pewno. Seryjne doświadczenie z ludźmi, dające wiedzę statystyczną o człowieku odbija się w moich piosenkach. To mało pozytywne, ale na szczęście lekko zaśpiewane. 

Do mainstreamu już od dawna nie trafiacie. Ostatnie wasze płyty przeszły niemal bez echa. 

Piszę głównie piosenki osobiste, a więc śpiewam o problemach ludzi 50+. Najbardziej mobilnym, chłonnym odbiorcą, który decyduje o sprzedaży i o tym, co leci w komercyjnych rozgłośniach, są zaś ludzie młodzi. Tylko że ja nie umiem na siłę pisać o sprawach młodzieżowych, bo byłoby to raczej śmieszne. Stałbym się swoją własną karykaturą. 

Któryś z członków zespołu powiedział kiedyś, że uprawiacie rock filozoficzny. Dziś już nie ma na to miejsca?

To fakt, piosenka autorska straciła na znaczeniu. Wcześniej utwory funkcjonowały i kształtowały nasze myślenie. Graliśmy je przy ogniskach na prywatkach. Teksty, pojedyncze słowa przenikały do naszego języka. Gdy zniknęła cenzura i nastąpił przesyt informacją, piosenka autorska przestała pełnić tą rolę. Dziś nie ma problemu z dostępem do wiedzy o historii, antropologii, psychologii.

Człowiek nie domaga się już od barda z gitarą, szarpiącego struny nylonowej gitary, by śpiewał przez 1,5 godziny, jaki to świat jest okrutny, bo my to wiemy z innych źródeł. Dziś oczekujemy przejścia na bardziej abstrakcyjny poziom - poruszania emocji nie poprzez dosłowność, ale skojarzenia, muzykę, symbole muzyczno-kulturowe. 

Śledzi pan muzyczne trendy?

Nie śledzę muzyki pop. Choć muszę powiedzieć, że programy typu talent show wyłaniają też bardzo dobrych instrumentalistów. Oczywiście karmię się trochę popkulturą. Wygrana Conchity Wurst zainspirowała nas, by śpiewać znów na koncertach "Ona jest pedałem". Ta piosenka zyskała nowe życie (śmiech).

Pisze pan na zamówienie - instytucji, producentów filmowych, a nawet funduszu emerytalnego. Nie zgłaszali się ostatnio do Pana z propozycją?

A dlaczego?

Właśnie trwa reforma systemu, zostało kilka dni na dokonanie wyboru ZUS czy OFE...

Tego nie wiem, ja będę miał emeryturę z ZUS. Poza tym jeden kawałek na zamówienie funduszu już zrobiłem, ale kiedy oddałem nagranie, telefon się nagle urwał. Widocznie nie zrozumieli żartu.
(Refren "Hymnu do funduszu emerytalnego" brzmi: "więc gnijmy razem, trujmy się gazem, leżmy w trumnie dzień i noc, wszyscy są mili, ty rób harakiri, puszczaj soki krew i pot" - przyp. red.)

Zrobił pan zawodowy bilans na 25-lecie "Elektrycznych Gitar"?

Żałuję, że nie skoczyłem szkoły muzycznej. Brakuje mi warsztatu, podstaw w robieniu aranżacji, solowym muzykowaniu. Choć zetknąłem się z opinią, że gdybym był uczony, to nie popełniłbym tych piosenek. Pisałem intuicyjnie. Dzięki temu właśnie, że nie miałem zielonego pojęcia o tym, jak podzielić utwór - zwrotka, łącznik, modulacja, prymka, repryza albo przetworzenie - były mi nieznane. Zawsze pisałem intuicyjnie, ale przez nieokrzesanie materiału, surowość to chwyciło. Wydaje mi się też, że powinienem mieć własne studio koncertowe. 

To jeszcze nic straconego. A kogo by pan tam zapraszał?

Same sławy (śmiech..) Głównie młodych ludzi z dobrym warsztatem i ambitną twórczością. Kapelę ze Wsi Warszawa, Kwadrofonik, Kwartludium, Motion Trio, bardów jak Jacka Kleyffa, Grzegorza Bukałę. Jako kierownik domu kultury miałbym co robić. Może jeszcze kiedyś to marzenie zrealizuję. Sęk w tym, że chciałbym być animatorem, organizatorem życia kulturalnego, ale nie bardzo umiem rozstać z zawodem lekarskim. Dlatego takie pomysły, jak ten z domem kultury, zawsze grzęzną.

Mam problemy z podejmowaniem decyzji i wyborami życiowymi. Nigdy nie umiałem się zdecydować na dobre - estrada czy medycyna. Ciągnę jedno i drugie. I mam poczucie, że prowadzę zwielokrotnione życie.

Kto o na tym najwięcej traci?

Wszyscy - rodzina i medycyna, i na koniec również muzyka. Ale moje dzieci są już dorosłe, czasu się już nie cofnie. 

Myśli pan o emeryturze?

Mam przed sobą kilkanaście lat pracy w zawodzie lekarza. Chciałbym też pisać piosenki. Estrada niepewna, a jeśli chodzi o neurologię, to społeczeństwo się starzeje, liczba schorzeń rośnie, pracy jest więc coraz więcej.

*Kuba Sienkiewicz jest liderem zespołu "Elektryczne Gitary", z wykształcenia lekarzem neurologiem. Cały czas pracuje w zawodzie. Autor poradnika dla osób z chorobą Parkinsona, członek Movement Disorder Society i przewodniczącym rady Polskiej Fundacji Muzycznej.